OPOWIADANIE
Do ulubionych dodasz mnie klikając na obrazek
FAV, do Księgi Gości na
BOOK, a jeśli chcesz przeczytać
całe opowiadanie to wystarczy w STORY.
NOWY BLOG
ZAPRASZAM NA MOJEGO NOWEGO BLOGA!
PO KILKU LATACH WRÓCIŁAM DO BLOGOWANIA. POZDRAWIAM SERDECZNIE, KASIA.
www.comprehen.photoblog.plkomentarze [0]
Dziękuje!!
To już koniec tego opowiadania. Wiele osobom może być przykro… Ktoś się może ucieszy – ale taka jest prawda. Zaplanowałam zakończyć opowiadanie gdy tylko nasi bohaterowie skończą szkołę. Bardzo dużo pracy włożyłam w te blogi. Bardzo dużo serca. Dziś dodałam ostatnie trzy notki 1. prolog- bo zabrakło go na początku. 2. notkę numer 24 - "A było tak..." 3. epilog- krótki opis co było potem Dziękuje Wam, że byliście ze mną! Nawet nie wiecie ilu rzeczy się nauczyłam dzięki Wam, tej stronie i temu małemu opowiadaniu.
Dziękuje!! Zawsze będę o Was pamiętać.
Opowiadanie nr 1. Opowiadanie nr 2.ZAPRASZAM
http://www.comprehen.photoblog.pl
komentarze [15]
EPILOG
Głupia szkolna miłość, doprowadziła do ślubu i podprowadziła ich niczym bóg Ozyrys do śmierci. Kochali się bardzo, dali światu dziecko, dali mu siebie.
Lily Evans została zamordowana. Zdradził ich ten który był ich przyjacielem – ten któremu zaufali.
Ufali mu – on ich zdradził. Zginęli. Żyli razem, umarli razem, zostawili syna, który musiał dokończyć coś czego im się nie udało nigdy skończyć – unicestwić zło.
Lily i James pozostali w pamięci dobrych ludzi.
Mam nadzieje, że to opowiadanie, które przybrało formę mini powieści da wam do myślenia, jak niewiele potrzeba aby kochać i jak delikatna jest granica dzieląca dobro od zła…
...i w oddali słyszę kroki,
rozebrzmiały w pewien dzień.
Ktoś mnie szukał, ktoś mnie gonił,
choc nie widzę - dobrze wiem.
...i w oddali słyszę słowa,
rozbrzmiewały tylko tam.
Ktoś mnie szukał, ktoś mnie wołał,
choc nie słyszę - dobrze znam.
...i w oddali widzę ciebie,
idziesz do mnie, wołasz mnie.
Tak jak wtedy przy mnie byłeś
proszę...zostań w moim śnie...
komentarze [18]
24. A BYŁO TAK...
Lily ponownie przekonała się, jak dobrze śnieg topi się na Jamesie - u siebie w domu. Zaprosiła go na święta Bożego Narodzenia. James przyjął tą wiadomość z udawanym stoickim spokojem a później razem z Syriuszem skakał po dormitorium z radości. Lily oczywiście o tym nie wiedziała i zadręczała się, że James nie chce spędzić u niej świąt. Lecz gdy podczas odjazdu pociągu do domu zobaczyła, że chłopak stoi półtorej godziny na peronie w Hogsmeade czekając na nią i na pociąg, porzuciła wszelkie bzdurne przekonania.
Wyjechali. Gryfon już się cieszył, że będzie mógł nabijać się z Petuni.
***
Minęło jak sen. Cudowny, biały, jasny sen.
Remus obiecał sobie, że nie będzie tęsknił za Amy, że nie będzie rozpaczał, że wypełni tą pustkę nauką… Zrobił to. Gdy minęły święta Bożego Narodzenia z zapałem powrócił do książek i nauki. W ten czas Lily i James bacznie mu się przyglądali. Wiedzieli, że święta to znakomity okres, aby wracać do wspomnień, do ukochanych osób. Nie mogli zauważyć w Remusie żalu po stracie Amy, bo po prostu się go pozbył.
Święta minęły bardzo szybko, okres wiosny jeszcze szybciej. Siódmoklasiści przygotowywali się do zdawania OWTMów. Lily panikowała, bo był początek czerwca a ona była dopiero w połowie powtarzania materiałów do egzaminu. Paczka Huncwotów śmiała się z niej, mimo że i nerwy im się udzielały. Wszyscy z zapałem siedzieli nad książkami. Zostało im tylko dwa tygodnie w Hogwarcie.
***
W przed ostatni poniedziałek ich roku szkolnego, Lily miała już tak dość książek i nauki, że postanowiła zrobić sobie godzinną przerwę. Jednak leżąc na łóżku w swoim dormitorium nie bardzo wiedziała co ma ze sobą zrobić. Nie chciała przeszkadzać Jamesowi w nauce, wiec do niego nie poszła. Pochyliła się nad kolumną łóżka i wyryła swoje inicjały na wolnej powierzchni oraz rok. Nie wiele jej to pomogło, więc po chwili zeszła do Pokoju Wspólnego.
- James! – szepnęła mu do ucha, a ten tylko mruknął.
- Nudzi mi się.
- Poucz się. Wiem, że niewątpliwe umiesz już wszystko, ale możesz jeszcze sobie powtórzyć parę rzeczy.
- Nie chce mi się. Pożyczysz mi mapy? Wybiorę się na spacer.
- Przecież jest środek dnia! Możesz iść bez niej.
- James, kotku, będę omijać Ślizgonów – James westchnął i nachylił się po pergamin do torby.
- Uważaj na siebie – pożegnał się z nią i powrócił do nauki.
***
Lily raźnym krokiem spacerowała po niezliczonych korytarzach swojej szkoły. W głębi ducha czuła, że to jej ostatni spacer, co przepełniało ją smutkiem. Wpatrywała się czujnie w mapę, unikając zatłoczonych korytarzy.
Na mapie patrzyła tylko przed siebie, więc nie zauważyła, że idzie za nią Filch, szkolny woźny. Gdy tylko zauważyła na mapie, przed sobą pokaźną grupę Ślizgonów, zaniepokojona okręciła się i chciała wrócić. Wpadła na Flitcha z łoskotem, a mapa wyleciała jej z ręki.
- Jak chodzisz? Okularów nie nosi, a potem wychodzi, ludzi nie widzi!
- Koniec psot – krzyknęła rozpaczliwe, zmazują mapę.
- Psot, psot? – pochwycił, a to słowo działo na Flitcha jak czerwona płachta na byka. Rozeźlony podniósł mapę, a potem spojrzał na przerażoną Lily. - Ty się zadajesz z tymi chuliganami! Z Blackiem i Potterem! Konfiskuje to! –krzyknął i zamachał Gryfonce mapą przed nosem. Jego słowa wciąż dźwięczały w jej uszach. „James mnie zamorduje” myślała rozpaczliwie, po czym uciekła.
***
Oberwało się Evans za mapę, oj dostało się dziewczynie co nie miara! Gdy Syriusz skończył na nią krzyczeć, to powietrza nabierał w płuca Remus, kolejno z Jamesem i Peterem na zmianę. I tak przez bite dwie godziny. Wtedy zdarzały się chwilę kiedy Lily miała ich już serdecznie dość.
Jednak nadszedł ten wyczekiwany czas – czas zdawania OWTMów. Zdali.
Wtedy musieli zrobić coś strasznego, coś co czekało na nich od siedmiu lat… Musieli opuścić szkołę. Pożegnać się z nią na zawsze. Nie obyło się bez łez. Niestety.
komentarze [1]
PROLOG
Evans, Evans… Która to? Znacie ją?
Tak Lily Evans, córka dwójki ludzie niemagicznych. Dwójki mugoli. Panna Wszystkowiedząca. Kocha książki. Nie, ona kocha tylko zaklęcia i eliksiry.
No i warto wspomnieć, że kocha Jamesa.
A James? Kto to? Tak, to on. Pewien Gryfon, szukający, napuszony pawian… Nie to nie on. To tylko Gryfon i szukający. Też kocha. Wiecie kogo? Evans.
Ta historia niesie swoiste przesłanie. Jak może nieść, skoro jest tu sama zazdrość, nienawiść i tradycyjna, ach, miłość?
Może nieść. No i niesie.
Bo w miłości siła. Nie uczyli was tego w szkole?
Tak, moi drodzy!
Poznajcie pannę Lily Evans. Poznajcie jak to ona spędziła dwa ostatnie lata w Hogwarcie.
Czym ją zaskoczyli przyjaciele i jak to się stało, że dopiero teraz ich miała.
Poznajcie rudą Evans, która ma bardzo duże, o kształcie migdałów, zielone oczy. Przenikliwe oczy.
Witajcie w świecie Lily Evans!
komentarze [0]
23.OWCZE FUTRO
Remus siedział nad jeziorem i rzucał kamieniami w wodę. Już wieczorem poprzedniego dnia, Amy powiedziała mu, że ma jak najgorsze przeczucia. Już wtedy bała się, że umrze.
Remus nie miał ochoty widzieć współczujący twarzy swoich przyjaciół. Nie cierpiał litości. Wolał być sam, wolał sam cierpieć, nie chciał obarczać swoim ciężarem innych ludzi.
Szkoda mu było Amy, ale czuł, że powoli staje się egoistą, bo bardziej było mu żal siebie samego.
„Tyle się nacierpiałem! Już jako małe dziecko musiałem znosić bolesne przemiany… A teraz Amy umarła… Tak, grunt to się włamać do damskiej sypialni od czwartej nad ranem, gdy wszystkie dziewczyny jeszcze śpią! Tak, zobaczyć ją martwą… Taką spokojną ” myślał. Wstał, bo robiło mu się już zimno, a był wyjątkowo głody, więc ruszył do Wielkiej Sali.
„Grunt to nie myśleć o niej, nie mogę się załamać…” postawił sobie dewizę i odszedł w stronę szkoły.
***
- Przepraszam, stary… Nie wiem co mnie napadło – Syriusz poklepał Jamesa po ramieniu w ich dormitorium.
- Nic się wielkiego nie stało. Syriusz o co ci chodziło? To chyba kłamstwo i łgarstwo to co wtedy powiedziałeś… - James zmierzwił sobie włosy i spojrzał na kolegę.
- Wiesz… Podsłuchałem rozmowę rodziców, a i tak usłyszałem jej nazwisko. Może to nie o nią chodziło, ale to była pierwsza głupia myśl…
- Nie, to niemożliwe.
- Faktycznie, jestem głupi, głupi… Rozmawiałem z dziewczynami. Mają przewieźć Amy do domu.
- Chodź Łapa, pogadamy z Remusem – i tym sposobem zeszli do Wielkiej Sali, gdyż jak słusznie sądzili, tam był Lunatyk.
Rozmowa jaką odbyli była jedną z trudniejszych jaką musieli przeprowadzić w swoim życiu. Remus był w szoku, jednak chłopcy zauważyli, że przyjął śmierć swojej dziewczyny dość obojętnie. Nie wiedzieli jak trudno będzie mu w przyszłości kiedykolwiek pokochać. Nie mieli pojęcia, że jego następną towarzyszką życie będzie niejaka Nimfadora Tonks… Lecz to miało odbyć się za ponad dwadzieścia lat. Teraz serce Lunatyka skuł lód i obojętność. James i Syriusz to rozumieli – byli w końcu przyjaciółmi na śmieć i życie. Postanowili już nic o Amy nie wspominać. Czas leczy rany. Jak oni to dobrze znali!
***
- Gdzie jest Lily i James? Coś dawno ich nie widziałam – Dorcas siedziała na fotelu przed kominkiem i grała z Lunatykiem w szachy. Minął blisko miesiąc od śmierci Amy.
Syriusz zaśmiał się.
- James zamknął Lily w naszej sypialni. Ją i siebie przy okazji.
- Co ty…? Biedna Lily!
- Biedna? – Syriusz wyglądał jakby miał coś na końcu języka. Powstrzymał się jednak od wypowiedzenia paru słów w obawie, że Dorcas uderzy go kapciem po głowie.
- Syriusz, nie patrz tak na mnie! Ja na razie nie chce i nie mogę. A gdzie nasz Glizdon?
- Dorcas, to dobre pytanie. Dawno go nie widziałem. Pewnie gdzieś się plącze – Remus oderwał wzrok od planszy i podrapał się po nosie. Wyjrzał przez okno, zobaczył padający śnieg. Przez jego twarz przebiegł ledwie dostrzegalny cień. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia.
- Grajmy – powiedziała po chwili Dorcas.
***
Czerwone oczy zalśniły od gniewu. Voldemort podniósł się z fotela i wyciągnął władczo prawą dłoń.
- Zniszcz ich! – wyszeptał, a Peterowi dreszcz przeszedł po plecach.
- Panie, panie… Nie potrafię – załkał Glizdon.
- Boisz się. Z twojej twarzy zionie strachem.
Crucio! - Czarny Pan usiadł w fotelu, a Glizdon podniósł się z podłogi cały dygocząc.
- Zabiłbym cię, ale po co marnować mój czas na coś takiego. Masz ich zabić. Potterowie to najszlachetniejsza rodzina czarodziejów. Został tylko ten jeden, James, zdrajca krwi… Zadający się ze szlamą. Masz ich zniszczyć! – huknęło, a Peter wypadł z pomieszczenia. Obejrzał się ze strachem. Voldemort pochylał się ku Nagini. Glizdon drgnął ze strachu i teleportował się do Hogsmeade. Bał się wypełnić misję swojego pana. Zbliżały się święta, nie chciał ich niszczyć dla przyjaciół.
***
- James! Złaź ze mnie! Jeleniu jeden! – Lily zachichotała i próbowała zepchnął Jamesa z łóżka.
- Ani mi się śni! Za oknem śnieg, a ty jesteś jak piec kaflowy.
- Sam za chwilę dostaniesz kaflem! Złaź! – James pocałował ją czule i zszedł z łóżka. Gdy tylko jego stopy dotknęły podłogi, krzyknął i wskoczył z powrotem na swoje łóżko, gdzie leżała Lily.
- Zimno! – powiedział tylko i przytulił się do Lily, obejmując ją w tali i kładąc głowę na jej klatkę piersiową.
- Gnieciesz mnie!
- A mogę jeszcze ci pognieść? – James podniósł głowę i spojrzał na Lily inaczej. Z pożądaniem.
- James, zejdź… - Lily próbowała oswobodzić się z uścisku. Niewiele jej to dało, gdyż James obejmował ją czule, lecz stanowczo.
- Lily są święta…
- Święta są za trzy dni. Jutro wyjeżdżamy, a ty się nie spakowałeś.
- Przecież mogę nosić twoja bieliznę…
- James! Jesteś niemożliwy – zaśmiała się Lily i ostatecznie przytuliła się do Jamesa.
- Wystarczy. Złaź!
- Evans, bo jak cię…
- Ja ci dam Evans! – Lily zerwała się z łóżka, zwalając Jamesa na lodowatą podłogę. Wybiegła z pokoju, by po chwili powrócić ze śnieżką w prawej dłoni. Gryfon siedzący na podłodze usłyszał tylko świst.
- LILY!! – wrzasnął cały mokry, gdyż śnieżka szybko roztopiła się na jego twarzy.
- Co jeleniu?
- Zginiesz śmiercią tragiczną – powiedział i złapał ją, przyciskając do ściany.
- Ty chyba dziś chcesz mnie naprawdę udusić! – James puścił Lily i odsunął się od niej na parę metrów. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona. Po chwili znalazła się na jego rękach.
- Gdzie leziesz owcze futro?
- Lily, bądź miła. Do Pokoju Wspólnego lezę. Z tobą jakbyś się nie zorientowała – Lily objęła Jamesa za szyję i pocałowała go w sam czubek nosa. Gryfon postawił ją na ziemi i próbował objąć, gdyż chciał jeszcze raz, żeby go pocałowała, jednak już nie w nos. Lily jednak, gdy poczuła grunt pod stopami, szybko uciekła do swojego dormitorium. James z głupim uśmiechem pobiegł za nią.
komentarze [77]
Pukam w 16 drzwi...
Krótki poemat i ballada o liściach.
maj, 2007
„Traktuj go całkiem serio,
jak on przed chwilą ciebie
dokonując wyboru
specjalnej ciężarówki.”
Barańczak
Te słowa Barańczaka zostaną w mej pamięci, po tym majowym
popołudniu. Nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, podczas nocy bezsennych nie
wątpiłam, że świat jest piękny. Zaledwie znośny, a wtedy? Idealny! Dzień z Nim
spędzony, piękny, majowy słoneczny dzień.
Niewielka, krótka chwila, jedno spojrzenie i uśmiech, a
świat stał się piękniejszy. Słońce świeciło, a z każdą chwilą coraz mocniej i
jaśniej.
Tak nagle, bardzo małe i weselsze, liście na drzewie
zanuciły cicho, a słońce uśmiechnęło się, już nie samo, splotło się z liśćmi i
figlarnie spojrzało na Nas.
Był piękniejszy dzień. Słońce wtulone w liście drzew,
liście igrały w błękicie.
Pomyśleć tylko, miłość między Nas się zakrada, a piękno
świata wzmaga się z Nami, z naszą miłością.
Było tyle niezapomnianych chwil. Spacery, spojrzenia,
pocałunki.
Zgasło to w Nas, jak słońce gaśnie ponad horyzontem.
Zgasła miłość do Niego, wzbogacił się świat o jedno
doroślejsze spojrzenie. Miłości nie ma i nie było, a piękno zostało. Liście
zielone, niebo i słońce. Teraz zauważone i przytulone do słów. Świat był i
przyroda była – piękno było i jest. I zostanie.
Dopiero miłość nauczyła Nas dostrzegać piękno świata – i
tych małych liści na drzewie w błękicie nieba.
Katarzyna Gajda
Mam dziś urodziny, dlatego dodaję notkę.
To jest mała ballada, jej przesłaniem jest
ukazanie ludziom, jak przez miłość można dostrzec piękno przyrody.
Mam nadzieję, że wam się podoba. Piszę
notkę, lecz nie mam czasu jej dokończyć.
Postaram się ją niedługo dodać.
Dziękuje :)
komentarze [4]
Wróciłam.
Powróciłam. Objawiło się to
nowym szablonem, a za jakiś czas będziecie mogli delektować się nową notką. Bo skończyłam edukację gimnazjalną. Tymczasowo oczywiście. Niestety, notki nie będą za często, ale tak w ogóle będą się pojawiać. To się
ceni.
Pozdrawiam wytrwałych!
komentarze [32]
STORY
PROLOG
Evans, Evans… Która to? Znacie ją?
Tak Lily Evans, córka dwójki ludzie niemagicznych. Dwójki mugoli. Panna Wszystkowiedząca. Kocha książki. Nie, ona kocha tylko zaklęcia i eliksiry.
No i warto wspomnieć, że kocha Jamesa.
A James? Kto to? Tak, to on. Pewien Gryfon, szukający, napuszony pawian… Nie to nie on. To tylko Gryfon i szukający. Też kocha. Wiecie kogo? Evans.
Ta historia niesie swoiste przesłanie. Jak może nieść, skoro jest tu sama zazdrość, nienawiść i tradycyjna, ach, miłość?
Może nieść. No i niesie.
Bo w miłości siła. Nie uczyli was tego w szkole?
Tak, moi drodzy!
Poznajcie pannę Lily Evans. Poznajcie jak to ona spędziła dwa ostatnie lata w Hogwarcie.
Czym ją zaskoczyli przyjaciele i jak to się stało, że dopiero teraz ich miała.
Poznajcie rudą Evans, która ma bardzo duże, o kształcie migdałów, zielone oczy. Przenikliwe oczy.
Witajcie w świecie Lily Evans!
1.KONIEC.
Pewna rudowłosa dziewczyna oddychała spokojnie. Leżała w łóżku, spała. Jutro wieczorem miała wysłuchać przemowy dyrektora, a wcześniej, rano, wsiąść w pociąg i spotkać się ze swoimi przyjaciółmi.
Lilyanne Evans rozpoczynała szóstą klasę. Przez wszystkie lata nauki w szkole starała się tolerować Pottera, jednak w dziewięciu na dziesięć przypadków nigdy się jej to nie udawało.
Teraz, gdy spała sny miała spokojne. Śniła o czymś nowym, niewinnym, czystym… Chciała zmienić się na lepszą osobę. Postanowiła akceptować siebie mimo rudych włosów, mimo tego, że była taka chuda. Starała się zaakceptować nawet to, że niektórzy wyśmiewają się z niej, że należy do „Klubu Ślimaka”, na którego zebraniu była tylko raz. Starała się zrozumieć, dlaczego śmieją się, że jest prefektem.
Jej chlubą i dumą było to, że jest najlepsza z eliksirów.
Chciała wszystko pojąć i zrozumieć w szóstej i siódmej klasie, ostatnich latach w Hogwarcie.
Starała się zrozumieć, dlaczego Petunia jej nie lubi, dlaczego nie ma chłopaka, czy to wszystko przez zazdrość, czy przez Pottera?
Jej zielone oczy tak często wypełniały łzy strachu i samotności. Miała koleżanki, Dorcas i Amy, ale to były zwykłe dziewczyny z dormitorium, a nie ktoś ważniejszy.
Ten rok miał wszystko zmienić. Lily postanowiła sobie, że musi zdobyć ich przyjaźń.
Nie zniosę kolejnych lat samotności, tak myślała. Wszystko wskazywało na to, że jej się udało.
Lily zdobyła przyjaźń nie tylko dwóch koleżanek z dormitorium, ale i prawie wszystkich Gryfonów. Teraz panna Evans miała rozpocząć szósty rok nauki i poczuć smak prawdziwej miłości.
2.ZMIEŃ SIĘ TAK JAK JA.
Lily siedziała w pociągu kierującym się do Hogwartu. Czytała z zapałem jakiś mugolski poradnik opieki nad zwierzętami domowymi. Nawet nie zauważyła, kiedy do przedziału weszli Dorcas, Syriusz, Amy, Remus i James. Wszyscy ze śmiechem usiedli koło niej i rozmawiali o wakacjach.
James mierzwił sobie włosy i ukradkiem patrzył w stronę Lily.
- Co czytasz? - przemógł się i zapytał. Lily podniosła swoje duże oczy i powiedziała spokojnie:
- Opieka nad zwierzętami według porad mugolskich uzdrowicieli albo lekarzy.
- Co oni tam piszą? Pewnie nie używają eliksirów tylko jakiś specjalnych metod, albo… - zaczęła Dorcas i tak spokojna rozmowa toczyła się, aż dojechali do Hogwartu. James miarowo i powoli przysuwał się do Lily. Dorcas z Syriuszem, tak jak Amy z Remusem byli bardzo sobą zajęci i nie zwracali na nikogo uwagi. James im trochę pozazdrościł. Kochał Lily i próbował wszystkich metod, aby zdobyć jej serce. Przez te popisy przed nią i wygłupy przed całą szkołą, w których pomagali mu jego przyjaciele, zostali okrzyknięci „Huncwotami”. Jamesowi to nie przeszkadzało. W tym roku postanowił sobie, że nie będzie popisywać się przed dziewczyną swoich snów, tylko postara się z nią zaprzyjaźnić… Lily tym czasem czytała książkę, więc może spokojna rozmowa wystarczy, aby zacząć wypełnić plan. Gdy usłyszeli gwizd, wstali i wysiedli z pociągu.
***
Lily podczas podróży bardzo zdziwiła się zachowaniem Jamesa.
„Faktycznie, jak usiadł zaczął mierzwić sobie czuprynę, ale on ma to chyba we krwi. Chciałabym z nim być. Taki fajny facet byłby z niego. Oby w tym roku się zmienił!” rozmyślając, dziewczyna szła szkolnym korytarzem wracając dość późno z uczty powitalnej. Po chwili pomyślała jednak, że nie zna hasła, mimo że była prefektem, więc zaczęła biec, aby dopaść jakiegoś Gryfona, który jeszcze nie wszedł do Pokoju Wspólnego. Zakręcając na rogu wpadła na kogoś. Siła uderzenia była tak mocna, że dziewczynę lekko przyćmiło. Otrząsnęła się i otworzyła oczy. Zobaczyła bardzo dobrze znanego jej Gryfona, Jamesa.
- Och przepraszam… - powiedziała zanim zorientowała się, kto przed nią stoi.
- Nic się nie stało - odpowiedział i lekko się zaczerwienił. Pamiętając o swoim postanowieniu, ignorancji, ale i tolerancji, powiedział cześć i odkręcił się, chcąc odejść.
- Hej Potte… To znaczy James! Poczekaj! - chłopak, który stał do niej tyłem uśmiechnął się pod nosem. Plan działa, pomyślał. Z powagą odkręcił się do rudej koleżanki.
- Czy znasz hasło do wierzy Gryffindoru? Wyszłam dość późno z kolacji… I nie znam … Znaczy… Hasło… Znaczy… Słucham?… - dziewczyna mocno się zaczerwieniła pod odważnym spojrzenie ciemnych oczu chłopaka.
- Hasło…? - zapytał głęboki głosem.
- Hasło brzmi musy- świntusy. Muszę iść. Do zobaczenia! - powiedział bez emocji w głosie, choć dla niego zrobić to było ciężko. Odszedł. Działa ! Działa!! Działa!!! - krzyczał w myślach.
Lily oparła rozgrzaną głowę o zimną ścianę. „Co mu się stało?” myślała. Był taki inny niż zwykle. Doroślejszy. Poważniejszy! Co mi się stało? Czemu się tak zaczerwieniłam? Przecież ja nic… Nic… Nic do niego… Nic do niego nie czuje…? Chyba…” Lily zadawała sobie mnóstwo pytań. W końcu poszła do Pokoju Wspólnego. Przy stolikach siedzieli: Syriusz z Dorcas, Remus z Amy i… Tak, tak. James. Czytał książkę. Dziewczyna przysiadła obok nich. Dwie pary obok niej były takie szczęśliwe ze sobą, choć niejednokrotnie zdarzały im się drobne konflikty. Spojrzała ukradkiem na Jamesa wzrokiem pełnym czułości. On akurat patrzył na nią. Znów się zaczerwieniła. „Zaraz, co on tak czyta?” pomyślała.
- Co czytasz? - Lily zadała mu pytanie. Przyjrzał się jej uważnie tak jak dwadzieścia minut wcześniej na korytarzu.
- Eee… Ja czytam… Znaczy… - podał jej książkę. „Czemu nie mógł się wysłowić? Zawsze był pewny siebie!” książka była od transmutacji, a dokładniej transmutacji dla zaawansowanych.
- Fajne? To jest dopiero w siódmej klasie, ale zapewne fajne - Lily spojrzała ukradkiem na całującą się parę koło nich. W tym momencie dla Syriusza i Dorcas świat nie istniał. James przyjrzał się dziewczynie. Wzrok Lily był pełen zazdrości. A James rozumiał jak się wtedy czuła. Zresztą on czuł się tak samo. Przyjrzał się jej jeszcze raz. Ona spojrzała na niego i spuściła smutnie oczy. Zobaczył na jej policzku łzę, tak małą i niedostrzegalną, że tylko chłopak, który prawdziwie kochał, mógł dostrzec tak małą kroplę. Po chwili wstała, on również się poderwał.
- A wam co? - zapytała Amy w ramionach Remusa.
- Nic, idę spać - powiedziała cicho stojąca dziewczyna. James usiadł i przyglądał się swoim paznokciom.
- Co jej? Czy ona płakała? - chłopak kiwnął przecząco głową i wstał.
- Ja też idę spać - powiedział. Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni. „Co się stało temu zawsze wesołemu chłopakowi?” myśleli, ale nie znaleźli odpowiedzi na swoje pytanie.
James w tym czasie myślał, że choć jego plan skutkuje, to on sam dziewczynę rani. „Nie! Ja jej nie ranię, ona tak jak ja potrzebuje miłości” chłopak poważnie zastanawiał się nad tym czy kiedykolwiek zdobędzie serce jego jedynej wybranki.
3.KRZYCZ ZE SZCZĘSCIA PÓKI MOŻESZ.
O godzinie siódmej Lily wstała z łóżka. W nocy śniło jej się coś pięknego. Brała ślub. Byli tam wszyscy. Dorcas, Syriusz, Remus i Amy, tylko gdzie znajdował się James? A… A może to on był mężczyzną, z którym wiązała się do końca życia?
W każdym razie Gryfonka wstała i ubrała się. Uczesała rude kosmyki i związała je w warkocz. Cały czas myślała o swoim śnie, o tym co czuje do Jamesa.
Zeszła na dół do Pokoju Wspólnego o mało nie spadając ze schodów.
A co działo się tak wcześnie w dormitorium chłopców?
James wstał wcześnie rano. Nigdy mu się to nie zdarzało.
- Nie chcę być jej przyjacielem. Nie będę. Ja chcę być jej chłopakiem. Jej narzeczonym. Jej… Jej mężem - powiedział do lustra. Ubrał się i uczesał. Sprawiło mu to trochę trudności, ale w końcu stwierdził, że jak się „ uliże” to jest jeszcze ładniejszy. Zszedł na dół do Pokoju Wspólnego, potykając się o próg na widok rudej dziewczyny.
Dormitoria chłopców i dziewcząt znajdowały się naprzeciw siebie. Lily, gdy otworzyła drzwi zobaczyła przed sobą Jamesa. Wyglądał bardzo ładnie, ale dlaczego wstał tak wcześnie? Chłopak też tak pomyślał: „Lily jest śliczna, ale czemu wstała tak rano?”
Uśmiechnęli się do siebie. Coś się w nich zmieniło. Podeszli do siebie uroczyście.
- Idziesz na śniadanie? Bo… Bo ja też… Znaczy… Ja idę na śniadanie - James bełkotał. Dziewczyna uśmiechnęła się wyrozumiale.
- Idę. Chcesz iść ze mną? - chłopak nie mógł uwierzyć. Przed wakacjami, gdy Lily widziała Jamesa to aż zgrzytała zębami, a teraz zapraszała go na wspólne śniadanie. „Co jej się mogło stać?” pomyślał szybko i mimowolnie uśmiechnął się.
- Chętnie – Evans usłyszała odpowiedź i zobaczyła uśmiech na twarzy chłopaka. „James przez te wakacje się zmienił” usłyszała cichy głosik w swojej głowie.
Przeszli prze wyjście z Pokoju Wspólnego Gryfonów i zeszli na śniadanie.
Wielu uczniów widząc ich razem nie mogło uwierzyć własnym oczom.
Usiedli po raz pierwszy
razem i w zgodzie przy stole Gryfonów. Jedli w najlepsze płatki. Ruda dziewczyna nie mogła zrozumieć swojego szczęścia. Siedziała koło chłopaka swoich marzeń. Taki miał być. Idealny. Nie znęca się nad nikim. Do Wielkiej Sali weszli ich przyjaciele, a gdy ujrzeli ich razem, aż przystanęli z wrażenia.
- A tym co się stało? - zapytał Syriusz i grupką zaczęli iść w ich stronę.
Lily właśnie podnosiła łyżkę z płatkami, gdy James nachylił się i o coś ją zapytał. Dziewczyna opuściła łyżkę z brzdękiem i spojrzała na niego.
- Ja… Ale…Wiesz jak ja się czułam…? - wzięła wdech powietrz, a w oczach pojawiły się łzy. Nachyliła się i coś mu odpowiedziała. Ten ją przytulił pocieszająco.
- Dzięki że mi przebaczasz - szepnął tak cicho, żeby tylko ona usłyszała.
- Eee, James! Co wam? - Lily przytulona była do Jamesa, który wycierał jej twarz chusteczką.
- Nic…? - spojrzał pytająco na dziewczynę, tak kochaną, która wreszcie była w jego ramionach. Ona kiwnęła głową.
- Nic nam nie jest Syriuszu. Lika? Zjadłaś? Chodź weźmiemy książki i pójdziemy na transmutację - wstali i wyszli. Gdy ich postacie zniknęły za drzwiami Syriusz z Remusem krzyknęli:
- Wreszcie!
4.BÓL JEST RZECZĄ NORMALNĄ.
Lily szła z Jamesem korytarzem. Bardzo potrzebna była im teraz rozmowa. Każdemu jej brakuje w życiu. Po wczorajszym pocałunku Syriusza i Dorcas coś w nich obojgu się zmieniło, załamało. Chcieli wyrazić swoje uczucia. Każde do drugiej osoby. Może to sprawiło, że Lily poprosiła Jamesa żeby towarzyszył jej przy śniadaniu, a jego do przeproszenia jej za swoje głupie zachowanie.
- Mam nadzieje, że nie gniewasz się na mnie za te wszystkie głupie żarty?
- Nie. Nie chciałam ci wybaczyć, choć już dawno tego pragnęłam. James! Ja… Ja… Po prostu zachowywałeś się dziecinnie… Znęcałeś się nad Smarkiem, znaczy Severusem i to mnie denerwowało, to powodowało nienawiść do ciebie. Złość. To było po prostu głupie.
- Cieszę się, że już jest w porządku – powiedział i ku zdziwieniu otaczających ich ludzi i samej Lily wziął ją za rękę. Zrobił to tak naturalnie i przyjacielsko jakby wykonywał to od lat… Dziewczynie mocniej zabiło serce. Poczuła, że delikatnie się czerwieni.
***
Tymczasem w Wielkiej Sali trwała dyskusja.
- Syriusz? Co im się mogło stać? – zapytał zaskoczony Remus.
- Ja osobiście nic do nich nie mam, ale wczoraj zachowywali się dziwnie… Przecież to dopiero był pierwszy dzień szkoły…
- Lunatyk! Oni dojrzewają… No dobra, przestańmy… Z mojej Dorcas się nie śmieli – przytulił się do niej dyskretnie - ale ja z nich też się śmiać nie zamierzam… Ładna z nich para i bardzo… - wstał i krzyknął - BARDZO SIĘ CIESZĘ!!!!!!
- Panie Black! - podeszła do nich profesor McGonagall - Co to za wygłupy? Za chwilę zaczyna się lekcja ze mną. Proszę natychmiast do klasy!
***
James i Lily weszli do klasy i usiedli w swoich ławkach. Dziewczyna na przedzie, chłopak z tyłu. Snape zerkał ze swojej ławki dyskretnie w stronę Evans uśmiechniętej do Jamesa. Głęboko w duszy bardzo ją kochał, ale nie mógł rywalizować z kimś takim jak Potter. Severus sam przed sobą nie chciał się przyznać to tego uczucia, które czasem go dręczyło. Teraz gdy patrzyła na roześmianą parę Gryfonów ogarniała go wściekłość. Wyjął swój podręcznik od eliksirów i zagłębił się w lekturze.
Nagle nad ich głowami zabrzmiał dzwonek wzywający na pierwszą lekcje. Do klasy weszła McGonagall, a za nią Syriusz z beztroską miną i reszta przyjaciół Lily i Jamesa.
Zaczęła się lekcja.
Przez dobre pół godziny pani prefekt robiła skwapliwie notatki. Nagle poczuła, że ktoś klepie ją w ramie. To Klaris, koleżanka z Gryffindoru przekazywała jej liścik.
Był on różowy. Na pierwszej stronie było napisane ozdobnymi literami Lilyanne Evans, a nad „i” unosiły się serduszka. Otworzyła karteczkę. W środku było wielkie serce, a w środku wściekle czerwony napis „KOCHAM CIE! JAMES” migoczący się delikatnie. Odbiorczymi schowała kartkę do kieszeni szaty, płonąc przy tym jak piwonia. „Nareszcie powiedział mi to w miarę normalny sposób! Jeśli to jest normalne” wzięła kartkę i narysowała uśmiechniętą buźkę oraz podpisała James Potter. Podała Klaris. Nad jej głową zabrzmiał dzwonek, a dziewczyna wstała i obejrzała się. James właśnie odebrał wiadomość i szybko rozwijał karteczkę. Gdy zobaczył śmiejącą się do niego buzię, podskoczył z radości, a następnie spojrzał na Lily, która po raz kolejny zaczerwieniła się. Dziewczyna szybko okręciła się i wyszła z klasy. Na korytarzu dopadła ją Amy i Dorcas.
- Słyszałyśmy, słyszałyśmy! Pochwal się! Jesteś z Jamesem! To jeden z lepszych chłopców do wzięcia!!! No no no! - krzyczały jedna przez drugą.
- Ja się z nim po prostu pogodziłam. Pogadaliśmy o jego głupim zachowaniu. Powiedział, że już więcej nie będzie… Nie będzie zachowywał się jak… No, nie będzie znęcał się nad młodszymi albo nad tymi, których nie lubi… W ogóle jest dobrze!
- To miło! Ja i Syriuszek, tak jak Amy z Remusem zawsze chcieliśmy żebyście byli razem – powiedziała Dorcas.
- My nie jesteśmy razem… - Lily zawahała się.
- Nie?…
- No… Nie wiem! Dostałam liścik od niego - dziewczyna wyjęła różowy kartonik i pokazała go koleżankom.
- Ja mu odpisałam uśmiechniętą buzią! Podobała mu się! - Gryfonka była zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Jej przyjaciółki również i to bardzo.
***
Po lekcjach Lily spacerowała korytarzami Hogwartu. Nie chciała wracać do dormitorium. Dzisiejszy dzień sprawił jej wiele przyjemności, a James mógł ich ilość powiększyć. „Na dziś starczy…!” pomyślała i jak mała dziewczynka podskoczyła z radości. Była bardzo szczęśliwa. Rozmyślając o Potterze szła korytarzem. Nie wyobrażała sobie, że kiedyś mogła go nienawidzić. Znajdowała się dwa korytarze od sowiarni i nagle zobaczyła postać opierającą się o ścianę. Po krótkiej chwili chłopak, ledwo stojący na nogach, osunął się na podłogę. Dziewczyna podbiegła z przerażeniem, które wzmogło się, gdy pod swoimi stopami zobaczyła Jamesa.
Gryfonka zbladła ze strachu.
- James…!?! - krzyknęła cicho.
- James! JAMES! - chłopak płakał. Zdziwienie Lily nie miało granic.
- James? - zapytała się go głosem pełnym bólu. Siadła koło niego i przytuliła się do jego ramienia. Chłopak aż trząsł się z rozpaczy!
- James, proszę… Wstań. Chodź. Chodź przejdźmy się - próbowała go podnieść. Chłopak nie miał siły ani ochoty nigdzie iść. Był zrozpaczony, co wnioskować można było po strumieniach łez płynących po jego policzkach. „Co mu się stało?” myślała.
- James! Chodź do Skrzydła Szpitalnego! - chłopak podkulił nogi jak małe dziecko i przecząco kiwnął głową ukrytą w dłoniach przez które przeciekały łzy.
- Pójdę po kogoś! – chłopak wyciągnął rękę i przytrzymał Lily, aby nigdzie nie szła.
- Nie zostawiaj mnie!
Dziewczyna wzdrygła się na widok jego twarzy. Była mocno zapuchnięta i sina od płaczu. Od rozpaczliwego, bezsensownego płaczu. Wyjęła chusteczkę i tak jak chłopak jej, tak ona mu tego samego dnia, a był to cały czas drugi września, wytarła chusteczką twarz mokrą od łez.
- Kochanie…? - powiedziała nieśmiało
- Powiedz co się stało - James wyciągnął rękę. Podał jej czarny list. Był z Ministerstwa Magii z jakąś pieczątką i podpisem.
Szanowny Panie Potter,
Informuję Pana, że dnia 1 września bieżącego roku,
o godzinie 23:50 został napadnięty Pański dom,
znajdujący się w Dolinie Godryka Gryffindora.
Napaści dokonali ludzie zwani śmierciożercami.
Są to poplecznicy czarnoksiężnika o wielkiej mocy.
Tej nocy zabili aurora pana Billa Jamesa Pottera
Wraz z małżonką, Eurodytą Potter. Zabito ich zaklęciem Avada Kedavra.
Dom został nienaruszony.
Składam kondolencje.
Minister Magii.
Podpis i pieczątka.
Lily zbladła.
- To byli twoi rodzice? - James kiwnął głową i szepnął cicho:
- Ten czarnoksiężnik… To ten… Ten… Co dyrektor… W tamtym… Rok temu… Przed wakacjami… Voldemort… - Lily z nic nie znaczącego bełkotu zrozumiała wszystko. Dyrektor ogłaszał, że powstał w swej mocy wielki czarnoksiężnik Voldemort. Wszyscy muszą być razem, i że ten Voldemort potrafi siać niezgodę i nienawiść. Mówił to przed wakacjami, a dziewczyna pochodząca z niemagicznej rodziny średnio rozumiała, ale rozumiała. Rodzina Jamesa była czystej krwi czarodziejami i narażona została na niebezpieczeństwo. Biedactwo z niego, pomyślała. Pomogła chłopakowi wstać i oparła go o ścianę.
- James spójrz na mnie…
- …
- James! - chłopak spojrzał spuchniętym oczętami na spokojną twarz Lily.
- Cokolwiek by się działo ja będę z tobą! Rozumiesz? - zapytała się go. Kiwnął głową. Dziewczyna uśmiechnęła się i pocałowała go gorącymi ustami.
- Kocham cię - powiedziała cicho, aby podnieść go na duchu. James oddał pocałunek i z trudem ją przytulił drżącymi dłońmi.
- Ja ciebie… Kocham ciebie… - powiedział szlochając. Potem poszli razem do Pokoju Wspólnego ciemnym już korytarzem.
Lily leżąc już w łóżku pomyślała, płacząc nad swoją bezsilnością i rozpaczą chłopaka.
„Cokolwiek będzie się działo będę z nim. Dlaczego jemu to się przytrafiło? Dlaczego jemu…? Czemu akurat jemu!?!”
5. CHCESZ ZOSTAĆ MOJĄ ŻONĄ...?
Lily zeszła na śniadanie bardzo blada. Pół nocy przepłakała. Niby śmierć rodziców Pottera nic nie znaczyła dla niektórych, ale dla Gryfonki bardzo dużo. Szła właśnie głównym korytarzem, gdy usłyszała Jamesa.
- Lilka! Poczekaj!- krzyknął. Dziewczyna przyjrzała mu się uważnie. Był blady tak jak ona i również miał podkrążone oczy.
- Dzięki za to wczoraj. Dzięki - nachylił się i ją pocałował w policzek. Był trochę wyższy od Lily.
- Jesteś cudowna… - powiedział cicho.
- James… Nie… Nie bój się tego… Bólu. Ja chce być przy tobie. Chce być przy tobie! - powiedziała stanowczo i głośno. Dopiero teraz zrozumiała jak wiele błędów popełniła, jak wiele głupich błędów… A przecież miłość w jej sercu kwitła już od dwóch lat.
- Ty… Słuchaj! Jesteśmy w szóstej klasie. Co chcesz robić jak skończysz szkołę?
- Nie myślałam o tym.
- Ja chce zostać aurorem, tak jak wszyscy Huncwoci, ale oczywiście chciałbym wcześniej…
- Hej James! - krzyknął Syriusz i klepnął z całej siły chłopaka przerywając ważną dla Lily i Jamesa rozmowę. Gdy spojrzał na twarz przyjaciela i dziewczyny towarzyszącej mu, stanął i przyjrzał się im uważnie.
- Stało się coś? - zapytał idąc już spokojnie koło nich.
- Dwa dni temu poplecznicy Voldemorta zamordowali moich rodziców - powiedział James spokojnie, na co Syriusz zbladł.
- Co?!
- To, że nie żyją - Syriusz spojrzał na niego ze współczuciem. Sam miał matkę, idiotkę, która za prawdziwych ludzi uważała czarodziejów czystej krwi, więc trochę rozumiał przyjaciela. „Biedny James, ale na to najlepszym lekarstwem jest po prostu Lily” pomyślał i szybko się pożegnał.
- Co mu się stało?
- Chyba chce to przemyśleć… Lilka… Ja nie skończyłem ci mówić o moich marzeniach. Więc chciałbym zostać aurorem, ale moim większym marzeniem, które zaczęło się spełniać to jest… Jesteś nim ty – Lily zaczerwieniła się. On też był jej marzeniem, choć sama przed sobą przez tyle lat nie chciała się przyznać.
- Ja… Ja chciałbym… Marzę o tym, aby się z tobą kiedyś ożenić i mieć dziecko - powiedział spokojnie patrząc w oczy Lily, która przed nim siedziała. Byli już Wielkiej Sali i jedli kromki chleba z jajecznicą. Gdy wypowiedział te słowa, chleb trzymał w bezruchu koło swojej twarzy i patrzył z rozmarzeniem na Lily. Ta natomiast lekko się speszyła. Też o tym marzyła, ale po co ma się mu przyznać?
Spojrzała z rozmarzeniem na niego. Zrozumiał. Przechylił się przez stół ponownie ją pocałował w policzek. Gryfona poczuła, że robi jej się gorąco. Owładnęły jej umysł perfumy Jamesa i te jego piękne, brązowe oczy.
Dorcas i spokojny już Syriusz siedzący na lewo oraz po prawo przebywający Amy i Remus spojrzeli na nich z rozmarzeniem. Wszystko słyszeli. Nie ma to jak przyjaciele podsłuchujący na każdym kroku.
- Dorcas…
- Amy… - Syriusz i Remus wstali.
- Czy chciałybyście zostać naszymi żonami? - powiedzieli chórem.
Dziewczyny łącznie z Jamesem i Lily zaczęli chichotać. Zabawnie zleciało im to śniadanie mimo wcześniejszych wydarzeń i niepowodzeń.
6.MIŁOŚĆ ROZKWITA JAK RÓŻA CZERWONA.
Po zabawnie spędzonym śniadaniu Lily, jej przyjaciółki i Huncowci poszli na lekcje. Dzień mieli dość dobry. Żaden smutny incydent nie zmącił spokoju i opanowania oraz czegoś, co w Jamesie miało się już nie zmienić i pozostać w nim na zawsze. Lily za każdym razem, gdy z nim rozmawiała odczuwała tą różnicę przed śmiercią jego rodziców i po niej. Ten blask w jego oczach jakby przygasł…
- Liluś chodź przejdziemy się - zaproponowała Dorcas z Amy wyrywając ją z zadumy przed kominkiem w Pokoju Wspólnym.
- Już moment, tylko pójdę po płaszcz - po chwili wróciła z ciemnozielonym jesiennym płaszczykiem oraz szalem. Zaczęła się ubierać. James spojrzał na nią tęsknie. Miał również ochotę pospacerować, ale ogrom prac domowych, które mieli odrobić dzisiaj, a był to trzeci września, nie pozwolił im wyjść.
Gdy Lily włożyła płaszcz na siebie, dziewczyny już na nią czekały.
Spacerowały po błoniach, rozmawiając.
- Lily, czy ty chodzisz z Jamesem?
- Nie przypominam sobie, aby on mnie o to prosił, ale… Czuję, że oboje się kochamy, wydaje mi się, że jesteśmy parą…
- Ale z nim chodzisz? - pytał dociekliwie Amy.
- Chyba… Ja z nim o tym nie rozmawiałam. Ja mu jestem potrzebna, bo zmarli mu rodzice i w ogóle…Dotarło do mnie, że go kocham. Od dawna. Od kiedy po raz pierwszy zwrócił moją uwagę na siebie. Wtedy poczułam, że on byłby fajny gdyby nie to jego głupiutkie zachowanie… - ciągnęła Evans spokojnie. - Gdy dowiedział się, że umarli mu rodzice byłam pierwszą osobą, którą spotkał po przeczytaniu listu. On wtedy wyglądał strasznie! Wtedy właśnie zrozumiałam, że go kocham. Wtedy poczułam coś takiego dziwnego w sercu. Chyba było mi przykro, że tak późno to odkryłam.
- Fajnie… Albo mało fajnie…- powiedziała Dorcas.
- Ja już chciałabym wracać do zamku. Boję się go zostawiać samego. Boje się, że on zrobi sobie krzywdę, ale jednocześnie jestem pewna, że jej nie zrobi, bo przecież ma mnie.
- Chodźmy, bo już się robi ciemno - powiedziała przezornie Amy.
Gdy dziewczyny weszły do rozgrzanego Pokoju Wspólnego, poczuły na sobie wzrok trzech najbardziej pożądanych chłopaków w Hogwardzie. Wzrok należał do Remus, Syriusza i Jamesa.
- Gdzie byłyście na spacerze? - zapytał Remus, a Syriusz z Jamesem nadstawili uszy.
- Koło Wierzby Bijącej i jeziora - powiedziała Amy spokojnie i zaczeła tak jak reszta dziewczyn, zdejmować jesienne okrycia.
***
Po trzech miesiącach, w piękny, zimny dzień, Lily wstała wcześnie i wyszła z dormitorium. W świadomości sądziła, że dostanie dziś prezent od Jamesa. Były mikołajki. Prezent dla niego czekał u niej pod łóżkiem na odpowiednią chwilę wręczenia. Był to mały, złoty znicz.
Gdy tylko zeszła usłyszała wołanie osoby, o której wczoraj długo myślała. Zeszła szybciej po schodach.
- Liluniu! Podejdź tu na chwilkę! - zawołał James.
Podeszła. Może teraz da jej prezent?
- Mam dla ciebie niespodziankę. Chodź ze mną to ci pokaże - wstał, złapał dziewczynę za rękę i wyciągnął z Pokoju Wspólnego. Szli korytarzem. Koło jakiś drzwi przechodzili trzy razy. W końcu weszli do pokoju. Gryfonka zobaczyła, że wszystko było złote, srebrne i zielone. Pokój był bardzo ładny. Stały tam fotele, stolik, dzbanek z sokiem dyniowym oraz parę butelek kremowego piwa.
- Jak tu ładnie! Co to za miejsce? - zachwycała się Lily.
- Pokój Życzeń. Odkryliśmy go w drugiej klasie z Syriuszem. Uciekaliśmy wtedy przed woźnym. Strasznie nabłociliśmy, a on sam chciał nam wymierzyć karę. Wtedy pomieszczenie było bardzo małe. Uważam, że ono zamienia się w to w co chce się w danej chwili. My wtedy chcieliśmy schować się w małym miejscu tak by nas nie znalazł. I się udało! - rozchichotał się chłopak i nagle spoważniał.
- Chcę ci dać prezent z okazji mikołajek- podszedł do stolika i coś wziął leżącego na blacie.
- Syriusz ostatni mnie o tym uświadomił. Strzeliłem nie zła gafę - wyjął pudełko z opakowania.
- Czy chcesz być moją dziewczyną? - zapytał otwierając czarną szkatułkę z naszyjnikiem. Był to zwykły naszyjnik z jedną wyjątkową rzeczą - sercem. Na serduszku były wyryte inicjały L J a w środku ich zdjęcie, które zrobili sobie w imieniny Lily. Byli na nim przytuleni, a w tle znajdowały się drzewa z opadającymi liśćmi. W końcu wtedy była jesień…
Gdy dziewczyna zobaczyła cudny, srebrny, mały wisiorek poczuła się dziwnie zdezorientowana.
- Chęci… To znaczy chce! I to bardzo… - powiedziała. Chłopak rzucił się na nią z radością. Nie poszli na pierwszą lekcję. W przerwie na obiad James dostał swój prezent i tak samo był zaskoczony jak Lily…
***
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Lily obudziła się i pomyślała, że to jej ostatni dzień w szkole przed świętami. Ostatni dzień z jej chłopakiem, z którym się nie rozstawała na krok. Dziewczyna nie bardzo się tym przejmowała. Dzień wcześniej napisała list do rodziców z wyjaśnieniami, dlaczego chce zaprosić Jamesa na święta, wyjaśniając zaistniałą we wrześniu sytuację. Teraz z niecierpliwością czekała na odpowiedź. Pomyślała, że pewnie dostanie ją przy śniadaniu, więc szybko ubrała się i uczesała miedziane włosy w dwa długie warkocze. James czekał na nią i razem z Amy, Dorcas, Syriuszem i Remusem poszli na śniadanie.
Tak jak Lily podejrzewała list przyszedł podczas śniadania. Gdy tylko przyjaciele usłyszeli szelest skrzydeł przerwali rozmowę. Lily natomiast wypatrywała brązowej sowy. Zobaczyła ją. Sówka podleciała i wyciągnęła nóżkę. Dziewczyna odwiązała list i dała ptakowi ciastko, leżące na talerzyku. Szybko wzięła się jednak za czytanie:
„Kochana Lilko!
Bardzo cieszymy się, że zapraszasz kolegę do domu na święta.
Również cieszymy się niezmiernie, ponieważ jest to twój pierwszy chłopak.
Petunia ma nowego wielbiciela. Nazywa się Fix Donnel. Bardzo ładny, ale okropnie wredy i nie miły.
Serdecznie współczujemy twojemu Jamesowi i gorąco go pozdrawiamy i zapraszamy. Wyremontowaliśmy pokój (ten nieużywany koło twojego) i chłopak będzie mógł w nim spać.
Muszę już kończyć, bo mam z twoim tatą jechać po zakupy.
Mama”
Gryfonka bardzo się ucieszyła. Starała się tego nie okazywać przyjaciołom. Szybko schowała list do torby.
- Od kogo? - zapytał oschle James. Chłopak był zawsze zazdrosny o związki, które nie istniały.
- Od mojej mamy. Pisze, że wyremontowali mieszkanie i że Petunia ma nowego chłopaka - nie chciała przy wszystkich zapraszać Jamesa na święta. Czekała na odpowiednią chwilę.
- Ile ona miała już tych chłopaków? - zapytała Amy. Wszyscy zaśmiali się.
- Ze dwustu. Wybiera w nich jak w rękawiczkach. Ciekawe, co mu kupiła na święta?- powiedziała Lily i tak rozmowa zeszła na temat prezentów. Nasze trzy pary już od dawna mieli kupione upominki. Każdy wybrał coś specjalnego i oryginalnego, bo przecież święta są raz do roku.
***
Po kolacji Lily już spakowana siedziała z Jamesem w jego sypialni. Byli sami. Dorcas z Syriuszem byli na spacerze, a Amy z Remusem jeszcze na kolacji.
- Szkoda, że już jutro będziemy musieli się rozstać na tydzień…- powiedział smutno James. Widać, że był smutny. Cały dzień chodził przygaszony. Lily nie wytrzymała.
Nachyliła się i go pocałowała, czując po raz kolejny sensację koło żołądka.
- Muszę cię rozczarować, nie możesz zostać w Hogwarcie - powiedziała ruda dziewczyna.
- A to dlaczego? - zdziwił się James.
- Bo ja i moja mamuśka zapraszamy cię do mnie do domu na święta - oznajmiła, całując James. Chłopak z niechęcią oderwał się od jej ust.
- Co!?! - dziewczyna udała smutną i obrażoną.
- Nie cieszysz się? - chłopak spojrzał na nią jak na wariatkę i wytrzeszczył oczy.
- Nie? Bardzo!! – krzyknął i zaczął nosić ja na rękach po pokoju. W takiej sytuacji zastali ich Amy i Remus, którzy wrócili z kolacji.
- Na dole sufit odpada i pęka. Możecie wytłumaczyć wasze intencje dobrej zabawy i niszczenia mienia bez nas? - powiedział Syriusz wchodząc z Dorcas za Remusem.
- Jadę do Liluśki na święta! Myślałem, że będę sam na święta, a ona mi już dała taki świetny prezent! - Huncwoci złapali swoje dziewczyny i zaczęli je nosić na rękach po pokoju, tak jak James uprzednio Lily, ciesząc się z radości przyjaciela.
Późnym wieczorem James spakował się i pomyślał o Lily: „Dobrze, że ją mam!”
7.TEN NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ.
Lily stała na peronie twarzą do pociągu. Prószył lekko śnieg. Gryfonce było również lekko, lecz na sercu. Cieszyła się jak dziecko, że James jedzie z nią do domu. Za to dwie pary przyjaciół zostawały w Hogwarcie. Będą mieli wolną sypialnie dziewcząt i chłopców, bo mało osób zostawało w szkole. „ Ja muszę cudownie spędzić ferie z Jamesem. Winna mu to jestem za te wszystkie lata, za moje zachowanie typu: Odwal się Potter!”. Nagle ktoś zakrył jej oczy. Okręciła się i zobaczyła zarumienionego od mrozu Jamesa. Stanęła na palcach i dała mu buziaka.
- Możemy już jechać? - zapytała ruda dziewczyna. Chłopak kiwnął głową i wsiedli do pociągu.
Gdy znaleźli wolny przedział, James włożył tam walizki, swoją i Lily oraz przepuścił ją żeby wsiadła pierwsza. Wszedł za nią i zamknął drzwi. Zaczęli rozmawiać, a śnieg padał coraz mocniej.
***
Na peronie czekał tata Lily. Przywitał się z córką i uścisnął dłoń jej towarzyszowi.
- Tato to jest James Potter – zobaczyła spojrzenie taty i już wiedziała, że chłopak i jej tata zostaną dobrymi przyjaciółmi.
Wszyscy wsiedli do samochodu i ruszyli do domu państwa Evans, zwykłych mugoli.
Gdy dojechali do podjazdu, Lily zobaczyła, że jej siostra siedzi przy oknie i podgląda jak wygląda chłopak jej siostry i jak się zachowuje. James tym czasem nie zorientował się, że jest obserwowany i niczego nie zauważył. Wysiadł z samochodu i otworzył drzwi Lily. Wziął ją za rękę i razem z tatem dziewczyny wszedł do domu, gdzie czekała na nich mama Petuni i Lily.
- Cześć kochanie! A to jest pewnie James…? - zapytała mama. Chciała dodać „…, o którym tyle pisałaś…”, ale powstrzymała się dla dobra córki.
- Tak. To jest James- nagle wszyscy usłyszeli tupot i zobaczyli Petunię w niewiarygodnie czerwonej, obcisłej bluzce i bardzo krótkiej spódniczce. „ No jasne! Będzie chciała mi odbić Jamesa! Jak zwykle…” przemknęło przez rudą głowę Lily.
-Cześć! Jestem Petunia… - rzuciła uwodzicielsko.
- James - uścisnął jej rękę obojętnie i odkręcił się powrotem do Lily obejmując ją w pasie. Najwidoczniej już uodpornił się na takie zachowanie, gdyż w Hogwardzie to było rzeczą normalną.
„Hi hi! Dobrze jej tak!…” Petunia wyglądała na zaskoczoną, że jej seksapil nie zadziałał. Nie zadawała się z czarodziejami, bo uważała ich za dziwaków, ale ten był niezwykle przystojny.
- Lily! Zaprowadź kolegę do sypialni. Pokaż mu dom.
- Rozgość się James! - powiedział tata. James uśmiechnął się jednym z tych „rozbrajających” uśmiechów, podbijając serce mamy Lily i poszedł za jej młodszą córką niosąc ich bagaże na górę.
- Świetny dom! – stwierdził w pokoju dziewczyny, stawiając jej bagaż i idąc za nią do pokoju obok.
- Dzięki! Tu będzie twój pokój. Niedaleko mojego… - powiedziała uwodzicielsko. James zrozumiał aluzję i przysunął się do niej. Zaczął ją całować.
- Jesteś dla mnie za cudowna. Żebyś wiedziała jak ja cię kocham… Tyle mi pomogłaś! - mruknął jej do ucha.
- Lily! Mama woła was na herbatę! - do pokoju wpadła Petunia chcąc zobaczyć, co robi jej siostra. Gdy zobaczyła, że się całuje, złośliwy uśmiech zaigrał na jej twarzy. Okręciła się i wyszła.
- Małpa! Wiesz, James… Ona będzie chciała mi cię odbić, choć ma chłopaka - zaśmiała się Lily, nie bardzo przejmując się własnym odkryciem.
- Myślisz, że ja ją bym chciał? Mnie interesuje tylko jedna dziewczyna - zakpił James, objął ponownie Lily, która poczuła, że robi jej się gorąco i ponownie ją pocałował, bawiąc się jej rudymi kosmykami.
- Chodźcie na herbatę…- powiedziała mama wchodząc i widząc ich całujących się.
- Oj, przepraszam…! - wyszeptała i wyszła uśmiechając się do siebie. Choć zamieniła z Jamesem kilka słów już go kochała jak syna. Może sprawił to jego urok, uśmiech, a może to, że chłopak stracił rodziców i miał taki dziwny szacunek w oczach do niej.
Po pewnej, dość długiej chwili Lily zeszła z Jamesem do kuchni. Usiedli na krzesełkach i pili herbatę, zajadając się ciastkami.
- Jak tam w szkole? - zapytała mama siadając koło nich i biorąc kubek z herbatą i ciastko domowej roboty.
- Dobrze… Tylko trochę… Zabawnie, jak to w szkole magii - powiedziała córka, śmiejąc się, a James zaczął odpowiadać na zdziwione pytanie w oczach mamy Lily.
- Ostatnio na lekcji eliksirów mój kolega dolał pewnego eliksiru do kociołka chłopaka, który do każdego ma o coś pretensje. To coś zabulgotało i wybuchło, poleciało wprost na niego. Teraz ma włosy w kolorach tęczy. Szkoda, że ten proces jest nieodwracalny… - powiedział James z udawanym smutkiem. Córka i mama zaśmiały się. Petunia wydała lekceważące prychnięcie z pokoju obok.
- Lily? Może pokażesz koledze okolice? Ja w tym czasie zajmę się z twoją siostrą pieczeniem pierników. Przecież jutro Wigilia!
- Dobrze. Chodź…- powiedziała Lily do swojej miłości i ruszyła na spacer po okolicy, oglądając piękne domy, wyglądające jak z kartki świątecznej i znosząc ciekawskie spojrzenia sąsiadów przez firanki ich domów.
***
Lily śniła o czymś jasnym i ulotnym, toteż skrzypienie u drzwi zirytowało ją bardzo. Nie miała ochoty otwierać oczu, lecz gdy poczuła, że ktoś kładzie się koło niej podniosła powieki. Zobaczyła bardzo zadowolonego Jamesa, lecz na początku nie mogła przypomnieć sobie jak wszedł do ich dormitorium.
- Cześć kochanie! Dzisiaj Wigilia… Jest dziewiąta rano i postanowiłem cię obudzić… - po tych słowach przytulił się do niej, lecz słysząc słowa na korytarzu oderwał głowę od jej ramienia. Lily przypomniała sobie, że nie znajduje się w Hogwardzie lecz u siebie w domu, a szczęście jak wielki balon zaczęło napełniać ją euforią.
- Petunio! Obudź Lilkę i Jamesa, bo śniadanie im wystygnie - usłyszeli głos pani Evans i kroki na schodach.
- Już idę! - James słysząc te słowa szybko podskoczył i wstał. Lily usiadła na łóżku i w tym momencie weszła jej siostra, a młodsza Evansówna miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
- Lily…! Ups! - Petunia zobaczyła Jamesa w samych bokserkach i pomyślała sobie, że pewnie u niej spał, więc szybko wyszła.
- Mamo! Oni już nie śpią…
- Ubrali się już…?
- Właśnie, że nie…!
- To powiedz im żeby się pośpieszyli, bo jajecznica im stygnie!
Petunia wydała jęk i ponownie weszła do pokoju siostry. Zobaczyła jak Lily z Jamesem śmieją się. Pomyślała, że zapewne z niej i znowu zdenerwowana wyszła. Po chwili usłyszeli jej kroki dole.
- Kocham cię Lily! To nie kolejny żart Huncwotów - powiedział James i znowu się do nie przytulił i już podniósł głowę, alby ją pocałować, lecz dziewczyna była rozsądna.
- Chodźmy na śniadanie, bo ta blondynka może tu jeszcze raz przyjść… - James jak na kulturalnego chłopaka przystało wyszedł z pokoju dziewczyny i poszedł do swojego, aby się ubrać.
Lily włożyła zieloną bluzkę i czarne obcisłe spodnie, za to James czarną koszulkę i jeansy.
Spotkali się na korytarzu. Lily postanowiła rozpuścić włosy, więc James, gdy chciał skraść jej buziaczka znowu zaczął się nimi bawić. Po pewnej chwili usłyszeli krzyk mamy.
- Lila! James! Śniadanie!!! - James przestał bawić się włosami Lily i zbiegł z nią ze śmiechem na dół.
- Dzień dobry! - powiedział wesoło siadając z Lily przy stole i zaczynając jeść śniadanie.
- Dzień dobry… Więc Petunio… - kończyła pytanie mama zadawane drugiej córce tego domu - …kiedy ma przyjechać Fix?
- Och…! - udała zakochaną i zawstydzoną Petunia. - Miał dziś po południu, ale nie wiadomo jeszcze. Dziś miał być w pracy, ale jest Wigilia i jeśli szef go puści wcześniej to przyjedzie około jedenastej - powiedziała wyniośle Petunia patrząc się na Lily. Ta tymczasem podśmiewała się z Jamesem z głupiego monologu siostry.
- Skończyliście? - zapytała mama, a oni kiwnęli głową, podziękowali i wstali.
- Chodź James do mojego pokoju - zaproponowała Lily. James zobaczył błysk w zielonych oczach i zadowolony wstał. Weszli po schodach i się zatrzymali.
- Chodźmy do twojego - powiedziała cicho przysuwając się do niego. - Specjalnie tak powiedziałam żeby Petunia słyszała. Ona wtedy będzie wchodzić i przeszkadzać nam, a my będziemy wtedy u ciebie. A dla świętego spokoju mam klucz. Jedyne drzwi, które da się zamknąć na klucz to twoje - zachichotała i mrugnęła okiem. Gdy już weszli, a Lily zamykała drzwi James ponownie ją przytulił.
***
Około jedenastej przyjechał chłopak Petunii. Delikatnie twierdząc był nie miły. Gdy usłyszał historię od Petunii, że Lily całuje się w każdym miejscu i o każdej porze w domu ze swoim chłopakiem, nazwał Lily „rudą dziwką”. James, który stał w pobliżu wziął Lily za rękę i wyszedł z pokoju.
- Uderzyłbym go, ale jest w końcu Wigilia… - powiedział wściekłym głosem.
- Ten chłopak, Fix…? - Lily kiwnęła głową. W duchu była wściekła na Fixa, ale była jednak bardziej szczęśliwa, że James potrafi ją kochać. Było widać, że Fix nie kocha Petunii. Biedna dziewczyna! Co to za życie bez miłości?
- Ten chłopak długo chodzi z twoją siostrą?
- Nie… Mama pisała, że od mikołajek… Ale mnie to nie obchodzi.
- Lily? Zauważyłaś spojrzenie tego chłopaka…? On cię rozbierał wzrokiem!…
- Nikomu nie pozwolę się rozbierać wzrokiem! Chyba… Chyba, że pewnemu przystojnemu… - Lily zrobiła krok w stronę Jamesa – miłemu… - kolejny krok - … szukającemu Gryfonów - powiedział podchodząc już całkiem blisko i dając mu gorącego całusa prosto w nos.
***
Wigilia była spędzona w tradycyjny sposób, ale James czekał na koniec uroczystości, bo chciał coś Lily ważnego powiedzieć. Właściwie to się zapytać. Miało to być najważniejsze pytanie w jego życiu.
Babcia Lily pochodziła z Polski, więc aby uczcić jej pamięć, Wigilia była tradycyjna, Polska.
Po połamaniu się opłatkiem i zjedzeniu kolacji, James poszedł do Lily.
- Muszę z tobą porozmawiać. Chodźmy do mojego pokoju.
- Stało się coś…? - zapytała wystraszona Lily w pokoju Jamesa. Chłopak w tym czasie nachylił się i wyjął coś z torby. Było to czarne, bardzo ładne pudełko.
- Lily… Może będziesz uważać, że to za wcześnie, ale ja na ten moment czekałem od 5 lat…
Lily? – James przyklęknął - Wyjdziesz za mnie? - powiedział wzruszony James otwierając pudełko z pierścionkiem. Było to czyste srebro. W środku pierścionka był malutki diament. Lily zaniemówiła.
- Ja…? – wzięła wdech. Zawsze, gdy się denerwowała nie mogła oddychać. Wzięła kolejny oddech. Usiadła na łóżku.
- Lily, wszystko w porządku? - zapytał z troską James.
- Troszkę się zdziwiłam. Ja… Ja się zgadzam, ale to chyba za wcześnie… - powiedziała Lily patrząc zdziwiona na zachowanie Jamesa.
Na dole siedziała mama Lily sprzątając po kolacji. Tata i siostra dziewczyny już spali.
Toteż, gdy mama Lily zmywająca czternasty talerz, myśląca o wieczerzy i o świętach bardzo zaniepokoiła się odgłosami z góry.
Na początku usłyszała krzyk Jamesa.
„Coś mu się stało…?” pomyślała z przerażeniem. Pobiegła na górę. Jej mąż i najstarsza córka spali i nic nie słyszeli.
Mama wpadła na początku do pokoju młodszej córki i nie zdziwiła się, gdy zobaczyła puste pomieszczenie. Weszła niespokojna do pokoju obok.
- Co się stało!?! - krzyknęła z przerażeniem. Zobaczyła płaczącego Jamesa i Lily która próbowała doprowadzić go do porządku. Z irytowało panią Evans trochę to, że jej córka się lekko podśmiewa z Jamesa.
„Pewnie chłopak rozpacza, bo nie może spędzić Wigilii z rodzicami. Niewdzięczna ta moja córka, że się z niego śmieje…!”
- Mamo, bo James płacze z tego powodu, że się cieszy…
- Płacze z radości!?! Chłopak!? - Lily kiwnęła głową.
- Mamuś! Ja… Ja się z nim zaręczyłam - powiedział do mamy.
- Czy ja dobrze rozumiem? Zaręczyłaś się z Jamesem?
-Tak… Tylko na razie nikomu tego nie rozgłaszaj…
- To cudownie!!! - krzyknęła mama, pocałowała ich oboje, a potem wyszła.
8.NIETYKALNI.
Lily obudziła się w środku nocy. Przyjrzała się śpiącemu Jamesowi. Wyglądał tak ładnie.
Ruda nie wierzyła we własne szczęście. Niedługo będzie miała szesnaście lat… Za rok będzie pełnoletnia…
„Ciekawe jak na wiadomość że wychodzę za mąż zareaguje moja rodzina. Mama się cieszyła… Tata pewnie też…, ale Petunia…” Lily wyobraziła sobie minę swojej siostry. „Ale będzie zła i zazdrosna. Pośmiejemy się z niej z Jamesem jak ostatnio…” Myślała Lily leżąc oparta na łokciach. James mruknął coś przez sen. „Ile on musi mieć w sobie odwagi. Przecież my mamy niecałe szesnaście lat!” I aż pisnęła ze szczęścia. Przytuliła się do chłopaka i zasnęła.
***
Lily obudził James pocałunkiem w policzek.
- Lily! Obudź się! Proszę! Wstawaj!!! - I zaczął pośpiesznie ściągać z niej kołdrę.
Lily siadła i zaczęła przecierać oczy.
- James? Co się stało…?
- Lily! Musimy iść! Szybko!
- Stało się coś? - zapytała przerażona Lily. James był wystraszony.
- Twoi rodzice… Oni… - James nie mógł wymówić słowa.
- Co oni!? James!!! Co oni?? James powiedz… - zaczęła panikować Lily. James podszedł do niej ze smutną miną jakby ktoś umarł i spojrzał na nią podobnie jak wtedy, gdy zmarli mu rodzice.
- Coś się im stało? - James smutno kiwnął głową. Lily bardzo silnie zbladła. James widząc ją w takim stanie przeraził się nie na żarty.
- Ja żartowałem! Lily ja żartowałem! Lily w porządku! Lily! Tylko wołają nas na śniadanie - zaczął ją przytulać. Lily wyglądała jakby ją ktoś spoliczkował i przez niepohamowany strach o rodziców zaczeła płakać.
- Nigdy tak nie żartuj! Nigdy!! – krzyknęła, wyrwała się z jego objęć i wybiegła z pokoju.
James usiadł smutny na łóżku. Wiedział, że źle zrobił. Chciał zacząć z nią ciekawie dzień, zabawnie… Mówiąc, że to żart chciał jej „podarować” dobry humor. Włożył twarz w dłonie i zaczął zastanawiać się czy dobrze zrobił oświadczając się jej tak wcześnie. Koledzy odradzali mu tego, ale on chciał. Bał się, że straci Lily. Nie wiele brakowało, aby zaczął płakać tak jak Lily. Śmierć rodziców wciąż przypominała mu się w momentach, gdy był najbardziej szczęśliwy, gdy najmniej się tego spodziewał.
Gdy Lily przyszła z powrotem z miną pełną skruchy i chcąc przeprosić Jamesa za swoje „narwiste” zachowanie zobaczyła chłopaka siedzącego na łóżku. Trzęsły mu się ramiona.
Lily po prostu stała i patrzyła się na niego. Po prostu stała, a James podniósł bladą twarz i spojrzał przed siebie. Gdy zobaczył Lily wstał z łóżka. Ta podeszła do niego i go przeprosiła. James przytulił ją i tak stali i stali.
Na dole było słychać krzątanie mamy przygotowującej śniadanie. Obok, za ścianą Petunia wykonywała czynności zawiązane z poranno toaletą, w łazience pod prysznicem podśpiewywał tata Lily… A oni stali blisko siebie i przenikając swoje myśli, czując bicie własnych serc i złączyli się w pierwszym po kłótni pocałunku.
***
W końcu postanowili zejść na śniadanie. Lily wysłała Jamesa pierwszego, a sama poszła się uczesać.
Gdy wychodziła już ładnie ubrana i uczesana ze swojego pokoju zobaczyła Petunię, a ona wyglądała okropnie. Była cała czerwona, potargana i cały czas chlipała i ocierała łzy chusteczką.
- Coś się stało? - zapytała przyszła pani Potter.
- Dziś rano dzwonił… Fix… Zerwał… - wyszlochała i pobiegła na dół. Lily zrobiło się żal starszej siostry. „Ja jestem zaręczona, mam takiego idealnego narzeczonego, w życiu mi się układa a jej?” pomyślała z żalem i w końcu zeszła na śniadanie.
***
Późnym popołudniem do pokoju Lily, gdzie siedziała jego właścicielka z Jamesem, wpadła Petunia. Po jej minie Lily pomyślała, że jej siostra dowiedział się o tym, że Lily ma narzeczonego. „Wściekłość na twarzy i szaleństwo w oczach” tak potem James opisywał kolegom tą kłótnię.
- Słyszałam, że się zaręczyłaś! Szybko się z nim uwinęłaś! Wystarczy było mu wejść do łóżka, a już będziecie się żenić!!! Co w ciąży jesteś?? - Petunia wykrzykiwała wszystko, co jej ślina na język przynosiła, nawet najgorsze głupoty. - Zresztą jak można wychodzić za mąż za człowiek TAKIEGO pokroju?!? Ty nie jesteś lepsza! Ciekawe jak będą wyglądały wasze dzieci? Nie dorozwoje tak jak ich rodzice…
- Petunio uspokój się!! - Krzyknęła Lily blada ze złości. „Jak ona może wygadywać takie głupoty? To moja wina, że zerwał z nią chłopak czy co…?” - jednak Petunia zaczęła jeszcze głośniej krzyczeć, więc James szybko wyprowadził ją z pokoju.
- Zostaw mnie ty dziwolągu! Jak śmiesz MNIE dotykać? Jak śmiesz?!?
- Och! Petunio!! – krzyknęła mama, która usłyszała ostrą kłótnię i biegła na górę.
- Marsz do swojego pokoju! Jak możesz się tak zachowywać? Co za człowiek…
9. TAJEMNICA HUNCWOTÓW...
Lily szybko ochłonęła z kłótni ze starszą siostrą. W domu to była normalna rzecz. Martwiła się tylko, co powie na to James.
- Wiesz co Lily? Masz… Hmm… DZIWNĄ siostrę… Ale coś ci chce ważnego powiedzieć: W Hogwardzie dzisiejszego dnia mielibyśmy rano prezenty w łóżkach. Jak rozdajecie sobie prezenty w nie magicznych rodzinach?
- Och! U nas prezenty dajemy sobie tego samego dnia. Większość daje je sobie rano, ale u mnie w domu jest to dzień po Wigilii, gdy zabłysną pierwsze gwiazdki. Chodź pójdziemy zobaczyć co dostaliśmy. Właśnie zaczęło się ściemniać.
Lily jak małe dziecko zaciągnęła Jamesa na dół pod choinkę.
- Hej James! Patrz co dostałam od Amy! - pokazałam mu kolorowy tusz do piór.
- Ja od niej dostałem książkę o animagach. Od Dorcas mały model mojej miotły. Remus, Syriusz i Peter dali mi… Co?!?
- Co ci dali?
- Nie uwierzysz! To jest rzadkość. To peleryna-niewidka!
- Hej! Ale mieli oryginalny pomysł. A mi dali… Nie!
- Co ci dali? - zapytał James przewidując co mogła dostać Lily.
- Dali mi… Dali mi księgę. Nie. To raczej album - powiedziała i ze zdumieniem ujrzała tam zdjęcia swoje, Jamesa, Dorcas, Amy i reszty. Zdjęcia pochodziły z ich dzieciństwa oraz lat z Hogwartu, pod każdym znajdował się podpis, data i krótki opis.
- Świetny prezent! Co dostałaś od Dorcas?
- Wieczne pióro. Gustowna rzecz! - powiedziała ruda dziewczyna otulona swetrem, oglądając cudo ze wszystkich stron.
- A… Ale dlaczego twoi rodzice kupili mi prezent? - powiedział chłopak zdziwiony oglądając paczkę z podpisem „Dla Jamesa od rodziców Lily i Petunii”
- No bo jesteś moim chłopakiem … Mam nadzieję że ci się spodoba. Sama doradzałam im w listach co mogą mi i tobie kupić…- mówiła Lily. James tymczasem rozpakowywał prezent. Był tam bardzo drogi, gustowny krawat. Lily dostała od swoim rodziców spódnicę i piękny zielony sweterek.
***
-No a teraz prezent dla ciebie - powiedziała Lily biorąc największą paczkę i wręczając ją Jamesowi. Po rozpakowaniu prezentu chłopak ujrzał Miśka-Olbrzyma. Gdy James wstał maskotka sięgała mu do ramion.
- Jak mnie nie będzie będziesz mógł się do niego przytulać - zażartowała.
- Dziękuję. No a teraz moja kolej - James wyprostował się i podniósł spod choinki ostatni prezent. Były to perfumy.
- Kupiłeś mi „Nie kończącą się konwalię…”!?! To są najdroższe perfumy w świecie czarodziei…
- I się nie kończą… - powiedział ze szczęściem James.
- Och… Mój prezent więc nie ma porównania co do twojego!
- Ty jesteś moim największym prezentem, ale chyba od losu - powiedziała roześmiany James. Nagle spoważniał.
- Idziemy spać? Jutro trzeba jechać do Hogwartu…
- Mmm… Może chodźmy na kolację… Mama właśnie coś gotuje… - powiedziała Lily i weszła z Jamesem do ciepłej kuchni.
- Dziękuję pani za prezent. Bardzo mi się spodobał – powiedział James i uśmiechnął się promiennie.
- Ależ nie ma sprawy. Mi twój się też bardzo podoba - powiedziała pani Evans. Ona z mężem dostała od Lily i Jamesa zegarek czarodziejów…
- Właśnie porozmawiałem sobie z Petunią - powiedział donośnym głosem pan Evans wchodząc do kuchni.
- Chcielibyśmy cię Lily i ciebie James w szczególności przeprosić za zachowanie naszej córki. Ma szesnaście lat, no wiesz dojrzewanie… Ale po Lily jakoś tego nie widać…
- Przecież nic się wielkiego nie stało. Rozumiem, że każdemu może się przydarzyć zły dzień - powiedział z nutką ironii James. Jednak państwo Evans tego nie dostrzegli.
- No to dobrze. Siadajcie teraz do kolacji.
***
James i Lily postanowili wrócić wcześniej do Hogwartu. Chcieli trochę ferii świątecznych spędzić z przyjaciółmi. Gdy dojechali do stacji Hogsmeade i wybiegli z pociągu ujrzeli piękny widok z górującym Hogwartem.
- Zawsze lubię tu wracać - powiedział James. Lily przytaknęła i przytuliła się do jego ramienia. Śnieg padał obsypując ich białym puchem. Jednak ani Lily ani Jamesowi to nie przeszkadzało… W takiej pozycji zastał ich Lucjusz, Lucek, Malfoy.
-Uuu… Szlama i Głuppotter! – powiedział kpiąco idąc z Narcyzą Black pod rękę. „Oni najwyraźniej też chcieli pobyć sami w szkole” pomyślała Lily, ale James nawet nie zareagował na głupi tekst kolegi. Kiedyś za taki tekst powybijałby mu wszystkie zęby, a teraz… Teraz to go nie obchodziło. Obchodziła go tylko ruda dziewczyna stojąca koło niego i uśmiechająca się promiennie.
- Chodźmy do zamku – powiedziała błyskając zielonymi oczami.
- Chodźmy.
Gdy para weszła na pierwsze szkolne korytarze poczuła ciepło i domową atmosferę świąt, trwających nadal w szkole.
Lily ogarnął błogi spokój. Była z chłopakiem, którego tak kochało jej młode serduszko. Gdy tylko weszli zobaczyli swoich przyjaciół. Grali w „eksplodującego durnia” i byli tak tą zabawą pochłonięci, że nie zauważyli dwójki przyjaciół. Lily i James nie chcieli im przeszkadzać. Weszli po schodach to sypialni chłopców. Tam rozebrali się z kurtek, szalików, czapek i rękawiczek. Gdy Lily zdejmowała gruby sweter i położyła go na łóżku, na schodach rozległ się krzyk.
- Leży na szafce! Biały pergamin! – Lily i James usłyszeli Syriusza.
- Wiem, wiem! Jakbym tego nie widziała…- dodała pod nosem Dorcas i wpadła roześmiana do sypialni chłopaków.
- Aaa!! Co wy tu robicie!?! - Spytała zszokowana dziewczyna. Widać, że przeżyła wstrząs.
- Jesteśmy. Chcieliśmy się z wami przywitać, ale tak byliście zajęci grą, ze nie chcieliśmy przeszkadzać.
- Co się stało!?! - do pokoju wbiegł Remus słysząc krzyk Dorcas.
- James! Lily! – krzyknął zaskoczony chłopak a następnie rzucił się na Jamesa z radością. Po krzykach i witaniu się do pokoju wpadli zwabieni Syriusz i Amy. Na nich widok Lily i Jamesa zrobił nie mniejsze wrażenie jak na pozostałych.
Po powitaniu się i kolejnych wyjaśnieniach przyjaciele zeszli na dół.
- Idziemy na kolacje? Mam ochotę na coś pysznego… - zapytał Peter który przed chwilą wszedł do Pokoju Wspólnego i również przywitał się z Lily i Jamesem.
- Ja nie jestem głodna - Lily również mruknęła, że nie chce jej się jeść.
- No to idziemy sami. Na podbój jedzenia!! – krzyknął Syriusz wskazują palcem drzwi. Wszyscy się roześmiali i trzej Huncwoci z dziewczynami poszli zjeść „coś pysznego”.
Lily została z Jamesem. Usiedli na fotelu. Poprawka: James usiadł, a Lily na jego kolanach. Zza fotela usłyszeli szepty. James wytchnął głowę. Na fotelu za nimi i koło tego fotela siedziały wielbicielki Rogacza. James mruknął ze złością i wstał biorąc Lily za rękę i wchodząc do swojego dormitorium.
-Wrr! Jak one mnie denerwują, jak duplikat Petuni - powiedział chłopak ze złością.
- Najwidoczniej masz powodzenie – w głosie Lily zabrzmiała ironia, jednak Jamesowi nie było do śmiechu. Zdenerwowany kopnął w kolumnę od łóżka.
- Oj żartuje! James! Żartuje! Ja wiem jakie one są. Teraz pewnie mnie obgadują jaka to ja nie jestem - James uśmiechnął się ponuro.
- Masz rację. Nie mam zamiaru się nimi przejmować.
- To dobrze…- Powiedziała Lily i przytuliła się, a następnie pocałowała chłopaka.
- Mam ochotę kiedyś wybrać się na spacer po błoniach o pełni księżyca – powiedziała wtulona w niego, jednak nie zauważyła szoku, zaskoczenia i przerażenia na twarzy chłopaka.
***
Po pewnym czasie para zakochanych zeszła do Pokoju Wspólnego, aby stawić czoło Marie - przewodniczącej Klubu Uwielbiającym Jamesa Pottera. Ku ich zdziwieniu nie było ich w Pokoju Wspólnym, ale za to ich przyjaciele wrócili już z kolacji.
Para dosiadła się do nich i zaczeła z nimi rozmawiać. Opowiadali sobie o świętach, krytykowali Petunię oraz po raz pierwszy Lily powiedziała dziewczynom, że się zaręczyła.
- Z kim?!? - zapytał głupio Glizdon. Najwyraźniej to on był tym niewtajemniczonym Huncwotem.
- Z Jamesem!!! – krzyknął wściekły Syriusz
- No wiesz co…! - Lily chciało się śmiać.
- Gratulujemy!!! – chichotały jej koleżanki.
Rozmowa potoczyła się dalej, i dalej, i dalej… W końcu dziewczyny powiedziały, że im się chce spać i wstały.
- Eee, Lily? Zostań jeszcze chwilkę – poprosił James. Lily chcąc nie chcąc usiadła z powrotem koło chłopaka. James położył głowę na jej kolanach.
- Chłopaki! Przerwijcie swoje zajęcia. Musimy Lily powiedzieć o naszej największej tajemnicy - powiedział poważnie James. Chłopcom na te słowa odechciało się wszystkiego.
- CHCESZ JEJ POWIEDZIEĆ…!?! – krzyknął blady Remus.
- CHCESZ JEJ POWIEZIEĆ O MNIE…!?! - Remus aż się spocił… James kiwnął głową.
- Ja jestem za tak. Najwyższa pora – powiedział Syriusz.
- Ja też – zakomunikował Peter.
- Remus proszę…- powiedział błagalny tonem James. Remus ostrożnie kiwnął głową.
- Dobrze, ale co Lily na to powie i jak się będzie wobec mnie zachowywała to będzie tylko wasza wina…
- Lily, to jest nasza największa tajemnica. Nie wolno ci mówić o tym nikomu. Rozumiesz? - powiedział James. Lily zbladła i kiwnęła głową. Chłopcy wstali. Lily siedziała na łóżku i nie bardzo wiedziała, co robić. Podszedł do niej Peter.
- Glizdon – powiedział podając rękę.
- Łapa - powiedział szelmowsko, za co James rzucił mu ostre spojrzenie, kłaniając się Syriusz.
- Rogacz – powiedział James całując ją w dłoń. „Został Remus. Ciekawe co powie…” – pomyślała Lily. Remus pobladł jeszcze bardziej. Spuścił głowę i wyszeptał.
- Lunatyk - mruknął i usiadł w fotelu.
- Lilko, to ci dużo zapewne nie mówi – powiedział zastanawiając się nad czymś James.
- No nie – przyznała Lily.
- Zauważyłaś, że tak mówimy do siebie? – Lily kiwnęła głową.
- My… My jesteśmy animagami. Nielegalnymi – Lily siedziała jakby ją ktoś uderzył zaklęciem paraliżu. Otworzyła usta ze zdumienia.
- Glizdon to szczur. Łapa to pies. Ja jestem jeleniem.
- A Remus?
- Eee… On… To przez niego staliśmy się animagami. Remus jest… On…- James nie mógł tego wymówić. Remus powiedział cicho:
- Jestem wilkołakiem – Lily pobladła i wyglądała na bardzo zaskoczoną.
- My jesteśmy po prostu Huncwotami.
- I za to was tak bardzo lubię - powiedziała Lily. James westchnął z ulgą, a Remus usiadł na podłogę z wrażenia. Syriusz z Peterem uśmiechnęli się do rudej.
- My ciebie też bardzo lubimy Lilko.
10.ZWIASTUN KATASTROFY.
Lily przytuliła kolegów. Wyglądali na zaskoczonych, ale bardzo się cieszyli, że o ich tajemnicy dowiedział się ktoś z zewnątrz.
- Dlatego znamy tak dobrze zamek. W tym celu zrobiliśmy „Mapę Huncwotów” - powiedział Syriusz.
- No a co to jest? - Lily już nic nie mogło zaskoczyć, a jednak…
- To mapa Hogwartu zrobiona przez nas. Zobacz… Dorcas już widziała i jej się bardzo podobało - Syriusz wyjął kawałek pergaminu i podał Lily. Ta rozdziawiła buzię ze zdumienia… Na tej mapie było wszystko. Lily wodziła palcem po kropce i napisie „Severus Snape”.
- Ona pokazuje ludzi?!?
- To jest chyba najlepsze w tej naszej mapie… - powiedział James.
- Nie mogę uwierzyć, że zrobiliście ją sami… Jest świetna!!! Och… - Lily zbladła widząc kropkę z napisem „Minerwa McGonagall” zbliżającą się do napisów „Lilyanne Evans”, Remus Lupin”, „James Potter”, „Syriusz Black”, „Peter Pettigrew”,…
- Ej ona tu idzie? - zapytała głupio Lily.
- O w… - zaczął potomek Blacków jednak Potter mu przerwał.
- Do sypialni!
Gdy zniknął ostatni „but” Syriusza do Pokoju Wspólnego weszła rozczochrana opiekunka z zamiarem nawyzywania swoich podopiecznych o zakłócanie ciszy nocnej o drugiej nad ranem. Jakie było jej zdziwienie kiedy nikogo w Pokoju Wspólnym nie zastała…
***
Lily obudziła się bardzo wcześnie. Zbliżały się wakacje… Szybko minęły dni z Jamesem u niej w domu. A pomyśleć, że było to blisko pół roku temu! Już po końcowych egzaminach… Wakacje… Ruda przekręciła się na drugą stronę łóżka i krzyknęła z przerażenia…
Pod jej łóżkiem o piątej nad ranem siedział bardzo przystojny chłopak, właściciel imienia James.
- Jasna cholera! James! Co ty robisz u mnie w pokoju w środku nocy!?!
- Patrzę. Patrzę na ciebie. Jesteś taka ładna, gdy śpisz…
- No i ładna, gdy się złoszczę…
- Ładniejsza jak się nie złościsz - uporczywie twierdził James. Lily uśmiechnęła się i odkryła kołdrę. James wszedł pod nią i przytulił rudzielca.
- A właściwie czemu tak wcześnie nie śpisz?
- Bo… Byłem zajęty - uciął James. Widać, że nie chciał powiedzieć jej o czymś ważnym. Lily tego nie cierpiała i szybko się zdenerwowała.
- Czym? - powiedziała krótko i zimno.
- My Huncwockie… - zaczął James, ale Lily już wiedziała co będzie się działo.
- Jaki numer tym razem!?! Zbliża się konie roku szkolnego, a wy musicie…
- To było konieczne.
- Co zrobiliście? - zapytała już spokojnie Lily.
- Yyy… Nie będziesz się gniewać.
- James! Co wyście zrobili?
- Byliśmy w kuchni…
- Znacie przejście do kuchni? - Lily zachwyciła się i westchnęła z podziwu.
- Tak. Kazaliśmy skrzatom wypełnić nasze polecenie. Zgodzili się.
- O co ich poprosiliście? - Lily bała się usłyszeć odpowiedź.
- Kazaliśmy im dosypać do soku nauczycieli „Bombę”… Nie wyjdą z toalety do jutra… Co znaczy, że nie mamy dziś lekcji…
- Co!?!
- Ale Dumbledore`a oszczędziliśmy… - James się uśmiechnął.
- Och… Co wyście zrobili!
- Chodźmy na śniadanko. Dyrektor powie, że nie mamy lekcji - James był pewny siebie. Lily niepewnie wstała i odkryła Jamesa.
- Musze iść się ubrać i umyć…- powiedziała i wskazała wymownie Jamesowi drzwi.
- Mogę z tobą? - chłopak wyraźnie się ożywił.
- Nie… Idź, zaraz przyjdę – powiedziała dziewczyna podnosząc jakąś bluzkę z krzesła. Dziewczyny nadal spały.
Po upływie nieokreślonego czasu Lily zeszła na dół gdzie w fotelu przysypiał James. Spał tak słodko, że Lily nie miała serca go budzić. Jednak dochodziła ósma. Trzeba było już iść.
- James wstawaj.
- Syriusz, bęcwale… Ile razy mam ci powtarzać…? - zaczął James jednak, gdy otworzył oczy, nie dokończył i spojrzał nieprzytomnie na Lily.
- Przepraszam… A co ty tu robisz…?
- Mieliśmy iść na śniadanie, – powiedziała ze złością Lily - ale ty najwyraźniej zapomniałeś.
- Jestem zmęczony. Cała noc kombinowaliśmy jak zrobić ten kawał. Nie mniej mi tego za złe.
- Jak będziesz się tak zachowywał to nie wiem, czy ci będę wszystko wybaczała – Lily była coraz bardziej zła.
- Oj Liluś przestań.
- Nie cierpię, kiedy mówi się do mnie Liluś! – powiedziała cierpko, a James spojrzał na nią i zastanowił się co ją mogło dziś ugryźć. W końcu potulnie zszedł z nią na śniadanie. Zobaczył już siedzącą przy stole Amy i Dorcas. Rozejrzał się. Chłopaków nie było. Nauczycieli też. Usiadł z uśmiechem koło pochmurnej Lily.
Lily tymczasem myślała: „ Po co on mi się oświadczał! Skoro wycina te głupie kawały nie jest jeszcze gotowy do małżeństwa. Chciałabym po skończeniu szkoły założyć rodzinę, wyjść za mąż, mieć dzieci… A on… On nie dba o to. Obchodzi go tylko zabawa i koledzy!”
James tymczasem rozmawiał z dziewczynami.
- Co się stało Lily? - zapytała z troską Dorcas.
- Nie wiem co ją dziś ugryzło… - powiedział z troską patrząc na Lily, która siedziała z posępną miną.
- Ej, James! A tak w ogóle to gdzie są nauczyciele? – zapytała Amy rozglądając się po Wielkiej Sali, widząc tylko dyrektora, czekającego ze splecionymi dłońmi aż zbiorą się wszyscy uczniowie.
- Mały Huncwocki żarcik… - powiedział James łobuzersko. Lily na te słowa zerwała się z miejsca i szybko podeszła do głównych drzwi nie oglądając się za siebie. Szybko i energicznie wyszła z Wielkiej Sali. Po chwili tymi drzwiami, w które wpatrywał się oszołomiony James wszedł blady Remus, niestety nie dawno znów była pełnia, i roześmiany Syriusz.
- Co się stało Lily? Wyszła stąd zła jak osa… James? Co jej?
- Nie mam pojęcia. Może pójdę jej poszukać? - powiedział James odpowiadając na pytanie przyjaciela. Gdy wstawał podniósł się dyrektor i zaczął mówić to samo, co James rano, więc chłopak nie chętnie usiadł…
***
Lily wyszła z Wielkiej Sali gromiąc wściekłym spojrzeniem wszystkie ciekawskie wzroczki. Gdy tylko otworzyła drzwi wpadła na Remus i Syriusza. Skrzywiła się i minęła ich nawet się nie witając. Spojrzała tylko przelotnie na Remus. Był blady. „Niedawno była pełnia…” pomyślała tylko. Współczuła mu. Nikomu o ich tajemnicy nie powiedziała, za co przyjaciel był jej bardzo wdzięczny.
Szybko wybiegła z zamku na słoneczne błonia. Kończy się jej szósty rok nauki tutaj. Po wakacjach rozpocznie ostatni – siódmy. „Z żalem będę rozstawać się z tą szkołą…”
Lily pobiegła nad jezioro. Nie było tu nikogo. Wszyscy byli na śniadaniu i słuchali przemówienia dyrektora.
- Dlaczego James mi to robi…? Przecież wie, że nie cierpię tych jego dowcipów! – Lily bezradnie usiadła na trawie. W końcu zaczęło jej być gorąco, więc rozłożyła się i wystawiła twarz do słońca. Rozmyślała.
„James chyba za wcześnie się jednak mi oświadczył. Najgorsze jest to, że nie jestem pewna co do swoich uczuć. Nie wiem czy go kocham…” parę łez opadło na zieloną trawę. Nie chciała go znowu ranić. Było im dobrze, ba! Cudownie… Ale Evans nie była pewna miłości do tego chłopaka. Co ją natchnęło do takich rozważań? Może jego urodziny, które miał w podczas wiosny? I które tak szczęśliwie spędzili? Nie to nie to… To co się z nią dzieje? Może to taka chwila, która przejdzie? „Oby! Ja go naprawdę bardzo lubię. Wydaje mi się, że go nawet…” Z rozmyślań rudej wyrwał ją cień padający na jej twarz. Otworzyła nie chętnie oczy sądząc, że zobaczy Jamesa, który przeprosi ją za ten mało mądry kawał. Jakie było jej rozczarowanie gdy po otworzeniu oczu zobaczyła Lucjusza Malfoya!
- Czemu nie jesteś na śniadaniu?
- A co cię to obchodzi? - odpowiedział nie grzecznie. Nachylił się i złapał ją z ramię. Z całej siły pociągnął ją za rękę wywołując w jej ustach krzyk bólu.
- Co ty robisz!?! Zwariowałeś? - zapytała z przerażeniem, gdy chłopak zaczął ją ciągnąć w stronę Zakazanego Lasu.
- Cicho siedź… - powiedział przystawiając jej różdżkę do szyi. W oczach dziewczyny zaszkliły się łzy przerażenia. Została siłą wciągnięta do Zakazanego Lasu przez Lucjusza Malfoy, który miał wobec niej nie kulturalne plany. „Potter może ją mieć, a ja nie!?!” myślał Lucjusz zazdrośnie wciągając ją coraz głębiej do zabronionego miejsca pełnego dziwnych stworzeń, gdzie czaił się strach i przerażenie dziewczyny oraz zawistne, pożądające jej spojrzenie Ślizgona…
***
Gdy James skończył słuchać Dumbledore`a, o tym jak to nie będzie lekcji dzisiejszego dnia, czuł podświadomie, że musi jak najszybciej odnaleźć Lily i ją przeprosić. Przypomniał sobie jak to ona nie lubi tych jego żartów… Ile czasu musiał się o nią starać…
Gdy tylko dyrektor skończył szybko wstał od stołu i wyjął Mapę Huncwotów. Powiedział o tym, że knuje coś nie dobrego i poszukał wzrokiem dziewczyny. Była w chatce Hagrida. „Zawsze idzie do niego jak ma jakieś zmartwienia…” pomyślał niechętnie. „Dlaczego nie idzie do Dorcas albo do Amy?”
James wybiegł dużym korytarzem na rozświetlone gorącym słońcem błonia. Szybko dobiegł z przeprosinami na ustach do chatki gajowego, pukając pośpiesznie. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich dużych rozmiarów gajowy, który z zaniepokojeniem na twarzy ocierał usta wielką dłonią.
- Jest tutaj Lily?
- James! Gdzieś ty był!?! – krzyknął przeraźliwie. Hagrid bardzo lubił Lily, toteż James się przestraszył nie na żarty.
- Co się stało?
- Znalazłem Lilkę w Zakazanym Lesie, jak szukałem ptaków dla moich zwierzątek. Leżała cała w poszarpanym ubraniu i z przerażoną twarzą. Była nie przytomna – powiedział gajowy, a Jamesowi zimny pot ściekł z pleców.
- Gdzie ona jest? - zapytał blady z przerażenia chłopak.
- No… Tutaj. Nie zaniosłem jej od razu do Skrzydła Szpitalnego, bo jak wychodziłem, zobaczyłem jakąś postać. To chyba ten gościo co zgwał… - zaczął Hagrida, jednak James mu szybko przerwał. Najwidoczniej nie chciał tego słuchać.
- Tu jest? - zapytał. Gajowy pokazał mu łóżko na którym leżała drobna, nieprzytomna istota o rudych, kręconych włosach.
- Lily! Lilka… Przepraszam, że mnie przy tobie nie było. Przepraszam za ten kawał! Lily obudź się. Lily… - James kucnął przy łóżku gajowego, na którym leżał jego jedyny sens życia. Skulił się i szlochał. Lily po chwilę otworzyła oczy. James poderwał się szczęśliwy i nachylił nad nią.
- Kocham cię. Jestem pewna - powiedziała bardzo cicho. James głaskał ją po zimnej dłoni. Lily nachyliła się nad łóżkiem i zaczęła wymiotować.
- Co on ci zrobił!?! – zawył przerażony James patrząc na Gryfonkę. Ta położyła głowę na łóżku i zamknęła sine oczy. Chłopak wyciągnął rękę i pogłaskał ją po białym policzku. Po zimnym policzku… To nie wróżyło dobrze… To był zwiastun nieszczęścia lub katastrofy.
11. NAJWIĘKSZY AKT ZBRODNI.
James zaniósł dziewczynę do Skrzydła Szpitalnego. Chciał powiadomić McGonagall, ale przypomniał sobie o swoim żarcie. Zacisnął pięści ze złości. Dopiero teraz zrozumiał jak czuła się Lily, gdy wykręcał kawały. Chłopak pobiegł do dyrektora. Jednak w połowie korytarza wpadł na Syriusza i Marggy, ładną Krukonkę z czarnymi włosami i brązowymi oczami, którzy obściskiwali się na korytarzu. James stanął zdziwiony. Myślał, że to co łączy go z Dorcas to nie jest „przelotny romansik” jak z każdą inną. Syriusz wcale nie zauważył Jamesa. Chłopak minął ich i wyjął Mapę Huncwotów. Zobaczył, że w jego stronę zbliża się wolnym krokiem Amy i Dorcas. Chłopak schował mapę i podbiegł do dziewczyn. Nie chciał żeby „weszły” na Syriusza i tą panienkę. Dziewczyny śmiały się w najlepsze. James podszedł do nich szybkim krokiem. Amy zapytała zdziwiona.
- Gdzie jest Lily? Nie było was, myślałyśmy, że jesteście razem…
- Eeee… Chodźcie to wam wyjaśnię. Tylko musimy jeszcze zajść do dyrektora - James wziął je obie pod ramię i odprowadził z dala od Syriusza.
Dziewczyny wyglądały na zdziwione.
- Po co do dyrektora? To ma związek z Lilką? - zapytała przestraszona Dorcas z niewinnością w oczach. „Jak Syriusz mógł jej to zrobić!?!” pomyślał zdenerwowany chłopak, hamując wściekłość, ale do Dorcas powiedział:
- Lily… Dziewczyny! - w jego oczach pojawiły się łzy. Dwie ładne Gryfonki spojrzały na siebie ze strachem.
- Ona chyba została zgwałcona… - James wydukał z siebie parę słów.
- To NIEMOŻLIWE! To nie mogło się stać Lilce! Tylko nie jej! – Amy zaczęła krzyczeć. James bał się, że dziewczyna swoim krzykiem może przywołać Łapę.
- Dlatego musimy znaleźć dyrektora - powiedział szybko oglądając się. W końcu wyjął Mapę Huncwotów i znalazł bez problemu dyrektora. Był pod salą transmutacji. Chyba przechadzał się po zamku. Potter po chwili powiedział dziewczynom gdzie jest ich „szef”.
Dorcas krzyknęła, że to całkiem niedaleko, na co James pomyślał, że trzeba było przejść tylko korytarzem gdzie był Łapa i minąć jeszcze jeden korytarz. Chłopak przygryzł wargi i już miał mówić, żeby pójść inna drogą, bo tam grasuje Irytek, gdy Amy krzyknęła
- To chodźmy! – i złapała Dorcas pod ramię. James się przeraził i pobiegł za nimi…
***
Gdy dobiegli do korytarza zobaczyli Syriusza, ale bez dziewczyny. James westchnął z ulgą.
- Syriusz! Lily miała wypadek… - powiedziała Dorcas bezbronnie, a Syriusz ją przytulił. James zgrzytnął zębami. Nie wiedział jeszcze, że tego wieczoru nawymyśla przyjacielowi za to co robi Dorcas.
- Mieliśmy iść do dyrektora - powiedział oschle James. Syriusz spojrzał na niego zdziwiony.
Wiedział, że Jamesowi zależy na Lily, ale żeby… Żeby od razu się złościć?
- Chodźmy - powiedział i skręcił w korytarz, gdzie był dyrektor. Ich „szefunio” oglądał właśnie obraz „Piękna szklanka”, który przedstawiał stół pełen zielonych szklanek. Gdy tylko usłyszał kroki okręcił się i spojrzał na nich.
- Co widzę? – zapytał zdziwiony. - Mieliście chyba dzień wolny? Przecież nauczyciele są… Eee niedysponowani…- pytał nadal wznosząc brwi. Nie wierzył, żeby Huncwoci siedzieli w szkole, kiedy bezkarnie mogą być na dworze i dręczyć uczniów.
James nie miał już ochoty tłumaczyć tego co zaszło. Bał się, że Lily może urodzić małe, niewinne dziecko. Problem stanowiło tylko to, że dziecko nie było jego.
- Lily miała wypadek - powiedziała Amy. Dyrektor spojrzał na nią, a jego brwi podniosły się jeszcze wyżej.
- Lucjusz Malfoy - powiedział James. Widział jak Malfoy wychodził z Wielkiej Sali podczas przemowy dyrektora. Wtedy nie wiedział, że to może mieć związek z JEGO Lily.
Dyrektor odkręcił się i machnął na resztę, żeby poszli za nim. Należało porozmawiać z rudą Evansówną i ustalić fakty.
***
Gdy tylko doszli do Skrzydła Szpitalnego zobaczyli Remusa walącego w drzwi.
- Chcę ją zobaczyć! To moja przyjaciółka!!! Otwieraj pani! –krzykom Gryfona odpowiadała cisza zza drzwi. Pani Pomfrey nie chciała go wpuścić. Ciekawe dlaczego?
- Panie Lupin! Proszę się natychmiast uspokoić! Jest pan prefektem. Zresztą ja za chwilę otworzę te drzwi – i Jak powiedział tak zrobił. Pani Pomfrey stała przy łóżku, gdzie leżała ruda Gryfonka.
Podawała jej jakiś eliksir.
- Proszę nas zostawić samych - powiedział dyrektor a wszyscy łącznie z Rogaczem wyszli ze słonecznego pomieszczenia.
Po długiej chwili usłyszeli skrzypienie podłogi i cichy szloch. Drzwi się otworzyły a zza nich wyszła Lilka.
- James? Dyrektor cię prosi - powiedziała. Chłopak zerwał się z podłogi i poszedł za swoją dziewczyną.
Gdy tylko wszedł do pomieszczenia zobaczył staruszka siedzącego na łóżku.
- Usiądź chłopcze – James posłusznie siadł na drugim łóżku, a Lily koło niego. Wyczerpana położyła mu głowę na ramieniu.
- Lucjusz Malfoy otrzyma karę jaka mu się należy. To co zrobił jest poważnym wykroczeniem naszego regulaminu. To akt zbrodni, nie miłości! Wezwałbym tu jego wychowawcę, ale… Eee… Jutro to zrobię – Dyrektor pożegnał się i wyszedł mówiąc coś do czekających na zewnątrz.
- James… Powiedziano mi, że zaszłam z nim w ciążę, pielęgniarka nie była pewna, ale nie wiadomo… - powiedziała cicho dziewczyna. James jęknął. Tego się właśnie obawiał…
- Pani Pomfrey zbadała mnie dokładniej, powiedziała, że mnie zgwałcił i dotkliwie pobił, ale nic poza tym mi nie jest - powiedziała tuląc się do Jamesa, który westchnął z ulgą.
Lilyanne nigdy nie zapomniała tego co spotkało ją z Lucjuszem…
Po chwili usłyszała trzask drzwi i do sali weszli ich przyjaciele.
***
W Pokoju Wspólnym Ślizgonów nie było nikogo, za wyjątkiem Snape`a i Malfoya. Jeden siedział na fotelu studiując jakąś książkę, a drugi rozłożył się wygodnie na łóżku.
- Wracając do naszej rozmowy. Nie uważasz, że największą szlamą jest Evans? – zapytał się Severus Lucjusza. Gdy tylko Snape dowiedział się, że Lily zaręczyła się z Jamesem przestał ją kochać. Zaczął nienawidzić. Lucjusz słysząc to uśmiechnął się złośliwie.
- Szlamą to ona jest wielką, ale jakie ma ciałko…. - Snape opuścił książkę z łoskotem.
- Co? - zapytał zdziwiony.
- Byłem z nią na szybkim numerku w Zakazanym Lesie.
- Zostawiłeś ją tam?
- No! - Snape skrzywił się. W końcu pomyślał o Jamesie. Ogarnęła go zazdrość o jego wyczyny i zachowanie.
- To dobrze! Niech tam zgnije!! - krzyknął i wybiegł z Pokoju Wspólnego. Lucjusz uśmiechnął się i wszedł do sypialni dziewcząt z chytrym uśmiechem.
- Cześć Narcyniu! Kochanie…- powiedział witając się z jedyną dziewczyną w sypialni Ślizgonek, która nigdy nie zaznała prawdziwej miłości i przyjaźni.
12.ZROZUMIESZ!
Gdy tylko dyrektor pozwolił wejść przyjaciołom Lily do Skrzydła Szpitalnego, Dorcas rzuciła się pierwsza do pomieszczenia. Zobaczyła Lily siedzącą koło Jamesa. Chłopak wyglądał na mocno zmartwionego. Lily wstała.
- Musimy porozmawiać – powiedziała poważnie i mocno zbladła. Gdyby nie Remus który podtrzymał ją za ramię siadłaby na podłodze.
- Źle się czujesz? Połóż się. Powiem Pomfrey żeby dała ci coś do picia –zapytał troskliwie Lunatyk. Syriusz, który wszedł jako ostatni do pomieszczenia skrzywił się i zaniepokojony spojrzał na Dorcas. Przypomniała mu się gorąca dziewczyna z korytarza.
- Nie trzeba. Zamknijcie tylko drzwi- powiedziała ruda Gryfonka. James wstał i posłusznie trzasnął drzwiami. Siadł z powrotem na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. Lily zaczęła opowiadać…
***
Po dwudziestu minutach ze Skrzydła Szpitalnego wybiegła Amy zanosząc się szlochem. Czarno włosa piękność, która nigdy nie została wytrącona z równowagi. Biegła a po jej policzkach ściekały łzy. „Jak ten Malfoy… To coś mogło jej to zrobić? To ohydne. To okropne! Powinni mu zrobić to samo!” za jej odgłosem kroków pobiegł pewien chłopak, który wyszedł z bocznego korytarza.
- Czego tu chcesz?!? - krzyczała wyżywając się nad niewinnym Snape`em. Ten spojrzał na nią wrogo i szyderczo. Uśmiechnął się kpiąco.
- Co? Twoja koleżaneczka straciła cnotę, ale nie z tym co trzeba? - szydził Severus. Amy nie wytrzymała. Trzasnęła go po bladym policzku. Snape zaczerwienił się ze złości.
- Jak śmiesz? Ty głupia, wredna… - krzyczał wyjmując różdżkę.
- EXPELLIARMUS! - Amy usłyszała krzyk Jamesa. Snape został pozbawiony różdżki i upadł na ziemię.
- Nic ci nie jest? - zapytał Potter patrząc uważnie na podnoszącego się Snape`a, który wstał i uciekł w stronę swojego dormitorium.
- Nie jesteś z Lilką? – zapytała wzruszona obroną swojej osoby. James przeniósł wzrok ze Smarka, który znikał po drugiej stronie korytarza na bladą dziewczynę.
- Nie, nie jestem z nią – powiedział spokojnie i poszedł korytarzem w stronę drzwi prowadzących na błonia.
Amy nic z tego nie zrozumiała. „Jak to z nią nie jest? Chyba nie jest przy niej?” pomyślała i pobiegła z nim.
***
Lucjusz Malfoy przechadzał się po sypialni Narcyzy Black. Właścicielka tego mało przytulnego miejsca, spała wymęczona przez swojego chłopaka opowieściami o podboju „brudnej szlamy”.
Blondyn myślał właśnie jak tu całkiem pognębić Evans, gdy Narcyza przekręciła się na drugą stronę łóżka, otwierając oczy.
- Chodź tu do mnie! – powiedziała odkrywając kołdrę i ukazując wodnistym oczom Lucka ładną, czarną i skąpą bieliznę. Malfoy wskoczył do lóżka dotykając bladego ciała panny Black.
- Świetnie załatwiłeś tą szlamę! – powiedziała dumnie. Lucjusz spojrzał jej w oczy, a następnie ją pocałował.
- Ma się to coś. Nie to co ten twój nędzny brat Syriusz…
- Nie wymawiaj tego imienia! To niedorozwój, który wyrzekł się szlachetnej rodziny Blacków. Powinien zamiast nazwiska Black nosić nazwisko Pest „Zaraza”. Nie wiem o co ci dzisiaj chodzi Lucjuszu! Przecież go znasz…
- Nie? Nie wiesz? – Lucjusz wstał i pokazał jej czarne znamię na swoim przedramieniu lewej ręki. Narcyza wzdrygła się i krzyknęła:
- Schowaj to! Ktoś tu może wejść! – ale Malfoy ją zignorował.
- Czemu Snape, który nosi to samo zadaje się ze szlamą? Jak mu opowiadałem o tym co wydarzyło się w lesie wybiegł z Pokoju Wspólnego! I do kogo? Pewnie do tej małej, brudnej dziewuchy!?! - krzyczał blondyn, którego nagle ogarnęła furia. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona.
- Nadal nie rozumiem o co ci chodzi…
- Nie rozumiesz? Poczekaj to ci wytłumaczę!!! - ryknął Malfoy i sięgnął po różdżkę. Narcyza skuliła się na łóżku.
- Crucio!
13.CZEKOLADA JEST GORZKA.
Narcyza otworzyła oczy i zobaczyła wijącego się z bólu Lucjusza. Jego jasne włosy, które były zawsze zawiązane w kucyk rozwiały się po podłodze. Narcyza z przerażeniem patrzyła jak jego palce wypuszczają różdżkę. Nad nim z twarzą pełną triumfu stała Bellatrix Black, siostra, a jednocześnie koleżanka dziewczyny z sypialni.
- Przyszłam po spódnicę, bo na dworze robi się coraz cieplej. Usłyszałam krzyki. Zrobił ci coś?
- Nie zdążył, ale wątpię żeby mi coś zrobił. On nie jest taki - powiedziała Narcyza. Bella wyszła z sypialni mrucząc jakieś dziwne słowa w stylu „Bezmózgowie… Głupia… Nie normalna…”. Narcyza prychła na nią i spojrzała na Lucjusza.
- Pomóż mi - wymruczał. Dziewczyna podniosła się i pomogła chłopakowi. Ten spojrzał na nią lodowato. Narcyza okręciła głowę w bok…
***
- Dorcas? Naprawdę nic mi nie jest - powiedziała Lily starając się przekrzyczeć szloch blondynki. Remus gładził ją po włosach. Syriusz wyglądał jakby chciał stąd iść i nie wracać.
Lily patrzyła ze smutkiem na swoich przyjaciół i zastanawiała się gdzie jest Amy. Gdy dziewczyna wybiegła z sali Skrzydła Szpitalnego James pobiegł za nią. I teraz nie ma ani jej, ani jego.
- Wszystko jest dobrze. Naprawdę! - powiedział Remus bardziej do siebie niż do dziewczyny szlochającej w jego ramionach. Syriusz pokręcił się koło łóżka Lily i powiedział:
- To ja idę ich poszukać! - powiedział i spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Było późno. Marggy już czekała.
- To idź! Pa pa pa! – powiedziała Dorcas mrużąc czerwone oczy. Syriusz wybiegł szybko ze Skrzydła Szpitalnego i ruszył w stronę błoni, gdzie koło jeziora siedziała już Krukonka. „Dorcas ostatnio mnie irytuje! Myśli o sobie, a nie o mnie. Dobrze, że chociaż jest Marggy!”
Syriusz dobiegł do jeziora i przytulił się do Marggy, która plotła z trawy wianuszek.
- Cześć kochanie… - mruknął Syriusz tuląc się do dziewczyny i dotykając ja delikatnie po plecach.
- Cześć. Czemu cię tyle czasu nie było? – powiedziała zakładając mu wianek na głowę.
- A wiesz, zajęty byłem. Odrabiałem lekcje… - skłamał Gryfon wyjmując rękę spod jej bluzki i trzymając ją już tylko za dłoń.
***
Tymczasem James wychodził z korytarza. Otwierając drzwi, które prowadziły na błonia usłyszał tupot dwóch stóp. Okręcił się i zobaczył Amy.
- James! Co się stało?!? Co miałeś na myśli mówiąc, że z nią nie jesteś? Po prostu nie jesteś teraz koło niej - wydyszała. Jelonek spojrzał na nią przygaszonymi oczami po czym otworzył usta i wyrzekł parę słów…
- Tozniebymialoprzezmnie.
- Słucham?
- Amy! To przez mnie! To Malfoy jej to zrobił, a gdyby nie ja… Gdybym nie robił tego numeru…
- Chodź przejdziemy się. Opowiesz mi wszystko i ci ulży. Uważam, że Lily była zdenerwowana i trochę za impulsywnie zareagowała - powiedziała Amy wychodząc na błonia.
Spacerując, James opowiadał co mu leżało na sercu. W końcu doszli do pięknej tafli jeziora. Usiedli, a James mówił dalej…
- Gdyby nie to, że mój żart wypadł akurat dziś… Zbliża się koniec roku, a ja chciałem go jakoś spędzić sam na sam z Lilką. Więc wymyśliłem z chłopakami ten kawał, ale ja nie wiedziałem, ze Liluś tak zareaguje… Bo przygotowałem w restauracji stolik… I wybiegła ze śniadania. Chciałem za nią iść, ale dyrektor zaczął gadać… I jak już skończył to pobiegłem –Amy przytuliła swojego kolegę. Było jej żal i Lily, i Jamesa. James nie składnie się wyżalał.
- Nie tak chciałem, żeby Lily przeżyła swój pierwszy raz. My o tym rozmawialiśmy… Miało być tak pięknie… - James oparł brodę o nadgarstek, a nadgarstek o kolano.
- I jeszcze to pobicie… To moja wina. Ona na mnie nie zasługuje. Ja nie powinienem z nią być. Tak mocno ją kocham. A Malfoy… Malfoy to zero, że zrobił coś takiego - powiedział i utkwił wzrok w jakimś punkcie na jeziorze.
- Jakbyś z nią zerwał, wyrządziłbyś jej krzywdę gorszą od Malfoya. Wracajmy do zamku. Chodźmy jeszcze do Lily.
- Zaraz. Widzisz? To chyba Syriusz… - powiedział James wstając. Po drugiej stronie jeziora spacerował w wodzie Łapa. Letnie słońce tak nagrzało wodę, że spacer stanowił tylko przyjemność.
- Zaczekaj… - powiedziała Amy łapiąc go za rękę. James już chciał machać i krzyknąć do przyjaciela, gdy zza drzewa wybiegła rozchichotana dziewczyna. Wskoczyła, mocząc sobie bluzkę i spodnie, oraz rozchlapując wodę na suchego Syriusza. Ten okręcił się i wziął ją na ręce.
- Przegrałeś! Musisz dać mi duuuużego buziaczka! - powiedziała dziewczyna, po czym bez wahania go pocałowała.
Dźwięk niósł się po wodzie znakomicie. Amy słuchała i patrzyła oniemiała. James natomiast siadł i pociągnął ją za rękaw. Amy siadła.
- Lepiej chyba będzie jak nas nie zobaczą…
Syriusz wyszedł z wody niosąc na rękach dziewczynę i kładąc ją na trawę.
- Ciekawe, kiedy wniesiesz mnie tak do kościoła?
- No… Za rok? Nie. Za dziesięć lat, to będzie dobra pora.
- O ty! - krzyknęła i siadła na brzuchu leżącego i śmiejącego się Łapy. Ten oparł ręce na jej biodrach, po czym zaczęli się całować.
- Nie mogę. Chodźmy stąd - mruknęła Amy. James wstał, po czym odeszli.
- Nie sądziłam, że Syriusz zdradza Dorcas. Chyba przeżyłam za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Lily, a teraz Syriusz… - James milczał. Amy szła rozważając zaistniałą sytuację.
- James… Powiemy Dorcas? - James zmarszczył czoło.
- Pamiętasz jak spotkaliśmy Łapę na korytarzu, jak szliśmy do dyrektora?
- Aha.
- Chłopak był wtedy z nią. Chciałem iść inną drogą, ale wy pobiegłyście. No i nie było jej przy Syriuszu. Amy, Syriusz niech to jej powie. To ich sprawa.
- Ale… James, chyba powinniśmy…
- Nie. Nie możemy. Chodź do Lilki - James otworzył drzwi do szkoły. Zbliżała się pora kolacji. Amy posłusznie weszła do budynku, gdzie krążyli ludzie. Gdy weszli do Skrzydła Szpitalnego nie było tam nikogo, oprócz śpiącej Lily.
- Ja z nią zostanę – James usiadł na łóżku, a Amy bez słowa wyszła.
Gdy Gryfonka weszła do Pokoju Wspólnego Gryffindoru napotkała spod okna wzrok trzech Huncwotów.
- Amy! Tutaj! – krzyknął Remus. Amy podeszła bliżej i zatrzymała wzrok na rozradowanym Syriuszu. „No jasne! Tylko gdzie jest Dorcas?”
- Gdzieśty tyle btła? - zapytał Peter opluwając najbliżej siedzących Syriusza i Remus. Amy zachichotała.
- Byłam z Jamesem na spacerze. Chłopak musiał się wyżalić. Jest teraz przy Lily.
- Gdzie spacerowaliście? - zapytała Remus ustępując jej miejsca i czyszcząc ucho, całe w czekoladzie. Amy usiadła i znalazła się naprzeciwko Łapy.
- Na błoniach i koło jeziora - powiedziała patrząc dobitnie na Syriusza. Ten rozejrzał się niespokojnie i spojrzał gniewnymi oczami na Amy.
- Co Łapko? - zapytał Remus, kiedy Syriusz wstał. Ten mruknął coś nie wyraźnego i poszedł w stronę swojego dormitorium. Peter spojrzał na niego i wstał.
- Idę spać - powiedział. Amy spojrzała rozbawiona na Remus. Dochodziła siódma wieczorem.
- Idź! Miłych snów – rzekła dziewczyna do Petera, po czym zaczęła szeptem rozmawiać z Lupinem o Lily.
***
Dorcas tym czasem siedziała w dormitorium. Wklejała kolejne zdjęcia do albumu. Fotografia i rysunek to była jej pasja. Dziewczyna nie chciała opowiadać o swoim zamiłowaniu do sztuki przyjaciółkom i Huncwotom. Wiedziała, że albo nie zrozumieliby jej i wyśmiali, albo nie chcieli się więcej z nią przyjaźnić. Jej dusza artystki bała się stracić Syriusza. Gdy Dorcas wklejała zdjęcie Lily i Jamesa, robione wiosną usłyszała skrzypienie drzwi. Okręciła się na łóżku. Nikogo jednak nie było. Dziewczyna zerwała się i zamknęła drzwi, po czym wróciła do albumu. Podpisała zdjęcie i schowała album pod łóżko.
Gdy tylko wstała i rozejrzała się po pustym pokoju, uświadomiła sobie jak dawno nie widziała się z Syriuszem…
- Zaraz… Nie wiedziałam go od… Odkąd poszedł szukać Jamesa i Amy… - szepnęła, patrząc zamyślonym wzrokiem za okno. Dorcas ruszyła w stronę drzwi. Gdy je otworzyła i zaczęła schodzić ze spiralnych schodów zobaczyła Amy wchodzącą do góry. Jej koleżanka nie wyglądała za dobrze. Była zamyślona, jakby zmartwiona.
- Cześć Amy! Nie widziałaś Syriuszka? – Amy wzdrygła się. Teraz jej oczy nabrały przerażenia.
- E… Dorcas… Chodź spać… Pogadacie jutro… Chodź - powiedziała stanowczo i pociągnęła koleżankę w stronę sypialni.
- Ale mi się nie chce! Jest dopiero po siódmej… Nie, przed ósmą… Chodźmy do Lilki - powiedziała i obie ruszyły w stronę Skrzydła Szpitalnego. Amy co prawda się ociągała, ale Dorcas stanowczo ciągnęła ją za rękaw bluzki.
Gdy już dochodziły, drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się i wyszedł z nich James. Był bardzo spokojny i zamyślony. Widać było, że przeszedł poważną rozmowę z Lily Gdy tylko ujrzał swoje koleżanki uśmiechnął się i rozpromienił.
- Rozmawiałem z nią.
- To dobrze - powiedziała Dorcas i położyła dłoń na klamce.
- Nie idź. Lily śpi. Wpadniecie do niej jutro - Dorcas okręciła się i w trójkę ruszyli do Pokoju Wspólnego Gryfonów.
James przygaszony, Amy zamyślona a Dorcas radosna.
Gdy dochodzili do portretu Grubej Damy Rogacz zobaczył Syriusza z dziewczyną z korytarza. Dorcas gdy tylko ujrzała objętego chłopaka i dziewczynę, zamarła w pół kroku. Przestała się uśmiechać i choć jej mina nie wyrażała żadnych uczuć, oczy mówiły prawdę.
14.ZGRABNOŚĆ DORCAS.
Dorcas cierpiała. Oczywiście Syriusz znalazł wiele usprawiedliwień, że wina leżała po stronie Marggy, a nie jego, jednak Dorcas wiedziała swoje.
- Definitywnie to koniec znajomości z Syriuszem! – powiedziała następnego dnia do Jamesa. Dorcas teraz często przebywała w Skrzydle Szpitalnym z Lily.
Dwa dni po przykrym incydencie, Lily tłumaczyła dziewczynie zaistniałą sytuację z jej punktu widzenia.
- Ja nie wiem co powiedzieć. Zaskoczyliście mnie. Łapa ma pociąg do ładnych panienek – w oczach Dorcas zapaliły się ogniki - ale uważam, że tam w środku jest inny. Dorcas ja…
- Lilka! On był dla mnie całym światem.
- Zmieni się. Zobaczysz.
- Ja w to już nie wierzę – Dorcas zmrużyła oczy, jakby miała za chwilkę się rozpłakać.
- A wiesz, że ja już dziś wychodzę z tego ohydnego miejsca? Tylko nie mów nic Jamesowi. Chcę mu zrobić niespodziankę.
- Wiesz, że za dwa dni zakończenie roku…? – zapytała smutno Dorcas, jakby nie wierząc, że Łapa do tego czasu się z nią pogodzi. Lily kiwnęła głową i przytuliła przyjaciółkę. W końcu się uśmiechnęła.
- O której wychodzisz ze Skrzydła Szpitalnego?
- Za piętnaście minut.
- Już!?! Tak szybko? - Dorcas wyglądała na mile zaskoczoną.
- Aha! – odpowiedziała ze śmiechem ruda dziewczyna.
***
Syriusz siedział w swoim dormitorium i rozmyślał o Dorcas. Przypominały mu się słowa Jamesa „Definitywnie to koniec znajomości z Syriuszem…”, Łapa położył się na łóżku
„…to koniec (…) z Syriuszem…”. Pan Black przygładził włosy.
- Co zrobić żeby mi wybaczyła? Mam tylko dwa dni… Dwa marne dni! – powiedział zrywając się z łóżka i kopiąc stojący kufer. Chłopak nagle się okręcił wokół własnej osi, bo usłyszał otwierane drzwi. Do pokoju wszedł Remus.
- Co stary? Coś masz nie tęgą minę. Jeszcze się z Dorcas nie pogodziłeś? – Syriusz myślał, że za chwilkę mu przywali. Nie dość, że Łapie było przykro z powodu Dorcas to jeszcze każdy mu to wypomina! Więc chłopak się tylko kwaśno uśmiechnął i wyszedł z dormitorium pozostawiając Remusa samego.
W Pokoju Wspólnym zobaczył Jamesa i Amy śmiejących się z Petera, który spał z głową w dół, na kanapie koło kominka.
Syriusz wybiegł zastanawiając się gdzie jest Dorcas. Ta tymczasem siedziała z Lily w Skrzydle Szpitalnym, pakując jej piżamę i szczoteczkę do zębów do torby. Co się jednak okazało po chwili? Lily nie wzięła czystej bielizny, aby móc się przebrać i musiała wysłać Dorcas do dormitorium. Ta z chęcią pomocy przyjaciółce, szybko wyszła ze szkolnego szpitala.
Syriusz tym czasem spacerował po szkolnych korytarzach. Myślał. „Dorcas. Marggy. Doruś. Marg. Marg? Nie! Dorcas…” jednak ku przeciwności myślom chłopaka zza rogu korytarza wyszła Marggy. Gdy zobaczyła swojego „ukochanego miśka co się fajnie złości”, nie zastanawiając się długo pocałowała chłopaka, wyrywając go jednocześnie z zamyślenia.
Jednak ani ona, ani Syriusz nie przypuszczali kto stoi z naręczem czystej bielizny Evans za rogiem.
- Cześć…
- Ehe… - Syriusz nie mógł skupić wzroku na dziewczynie, gdyż myślami nie opuścił jeszcze Dorcas.
- Boli cię coś? - zapytała głupio dziewczyna.
- Nie – Syriusz odpowiadał jej krótkimi zdaniami, wyrażając chęć „Daj mi wreszcie spokój!”
- Może pójdziesz ze mną na obiad? - Marggy nic nie zauważyła.
- Nie.
- No to na kolację. Może będę miała czas…? Tak. Kolacja to dobry pom…
- Musze iść – Syriusza nagle natchnęło. Dorcas cofnęła się krok do tyłu.
- Gdzie? Pójdę z tobą.
- Nie! Daj mi spokój! Zostaw mnie! – krzyknął Syriusz, tracąc w ten sposób drugą dziewczynę w przeciągu trzech dni.
- O co ci chodzi?
- Zrywam z tobą. To była pomyłka.
- Co!?! Jak pomyłka? Jakie zrywam!?! – Marggy wyglądała na tak zaskoczoną, że aż pobladła.
- A no taka, że to będzie już koniec. Poświęciłem ci piękne chwile! Powinnaś być mi wdzięczna! A ty mi tu krzyczysz! – Syriusz nie myślał co mówi. Chciał ją zranić. Nie chciał patrzeć na twarz, przez którą stracił tak ważną osobę. Dorcas Meadsow tymczasem stała za rogiem, patrząc tępo na swoje pantofle. Po chwili usłyszała cichy szept „…nienawidzę cię Black!…” i tupot dziewczęcych stóp.
Dorcas wychyliła lekko głowę i zobaczyła stojącego do niej tyłem Syriusza. Wyglądał na przygnębionego. Dorcas cofnęła się, jednak stanęła na wnęce, potykając się. Bielizna Lily wypadła jej z rąk. Rozległ się rumor i dziewczyna upadła. Jednak po chwili zerwała się przestraszona. Wyjrzała za róg korytarza by móc sprawdzić czy Syriusz coś zauważył. Gdy tylko wychyliła głowę zobaczyła przed sobą ukochaną twarz chłopaka.
15.TAJEMNY ZESZYT PANNY EVANS?
James szedł z Amy w stronę Skrzydła Szpitalnego, gdy nagle oboje zauważyli Dorcas. Dziewczyna stała na korytarzu wpatrując się w coś na podłodze, a przed nią stał Syriusz coś cicho tłumacząc.
- Może zostawmy ich samych? – mruknęła Amy i skręciła z Jamesem w inny korytarz.
- Jak myślisz pogodzą się? – zapytała z troską w głosie Amy
- Syriusz lubi dziewczyny, ale wiem, jestem
pewny, że kocha Dorcas. On… - Rogacz się zająknął.
- Tak? – Amy spojrzała na Pottera.
- To nieważne, ale Syriusz kocha Dorcas. Mogę ci dać na to słowo Huncwota – powiedział James i stanęli twarzą w twarz z Lily, wyłaniającą się zza rogu.
- Lily!! Wypuścili cię!?! – James porwał Rudą na ręce i zaczął z nią tańczyć.
- James! Przestań! Kręci mi się w głowie!
- A czemu nikomu nie powiedziałaś że wychodzisz? Ktoś z nas przyszedłby po ciebie… - powiedziała Amy.
- Dorcas wiedziała, ale nie było jej tak długo, że postanowiłam przyjść sama. A tak w ogóle to gdzie ona jest?
- Eee… - Amy się zająknęła. James spojrzał na nią a potem na Lily i wybuchnął śmiechem.
- Ona jest z Syriuszem. Chyba się będą godzić - zaśmiał się i spojrzał jeszcze raz na nie.
- Chodźmy.
- Tak, chodźcie. Mam dość Skrzydła Szpitalnego – rozchichotała się Lily i ruszyli korytarzem. Gdy mijali jeden z nich, zobaczyli po raz drugi Syriusza i Dorcas. Chłopak stał skulony, a Dori wydzierała się. Dziewczyna nie była zbyt skłonna by okazywać uczucia światu, jednak w tym momencie zrobiła wyjątek.
- Wciąż pamiętam tamte chwile, w których mówiłeś, że kochasz… Że pragniesz…
Bym była tylko z tobą… A teraz?!? Z nią? Ja już nic nie znaczę??
- Dorcas… To nie tak… - Syriuszowi było przykro. Bardzo przykro.
- Nie!?! A jak niby?!? Nie przepraszaj! To z nią to nic nie znaczy. Ja cię tylko kocham a ona to była przygoda na jedną noc! Dorcas wybacz! - krzyczała biedna dziewczyna. Syriusz wyglądał jakby miał się popłakać.
- To nie tak. Daj wytłumaczyć.
- Nie! – krzyknęła i stanęła w zbuntowanej pozie, a z oczu jej sypały się iskry i ogniki. Syriusz skulony, przestraszony, niewyspany ze zmartwienia i rozpaczy przyglądał się dziewczynie, a wtedy stało się coś nie oczekiwanego. Dorcas zbliżyła się do Łapy i go pocałowała. Był to krótki buziak jednak dla Syriusza to był istny skarb i tabu. Dopiero w chwili, gdy załamana dziewczyna go pocałowała poczuł co tak naprawdę Dorcas znaczyła w jego życiu i sercu. Co znaczy do chwili obecnej. „Marggy może się przy Dorcas schować w norę! Tylko ją kocham. Dorcas na zawsze będzie w moim sercu…” pomyślał gdy Dorcas po pocałunku okręciła się i pobiegła w przeciwną stronę. Syriusz zrezygnowany ruszył za nią. Z sąsiedniego korytarza wychyliła się Lily i James.
- Moja bielizna! – krzyknęła Ruda, a Amy zachichotała na widok porozrzucanych rzeczy osobistych przyjaciółki. James spojrzał rozbawiony i pomógł dziewczynie, która już dobiegła i zaczeła zbierać swoje majtki, które mógł zobaczyć każdy, kto przechodził korytarzem.
***
Syriusz stracił Dorcas z oczu już w połowie korytarza. W nadziei, że zobaczy ją w Pokoju Wspólnym albo w dormitorium ruszył w kierunku portretu Grubej Damy. Jednak przed samym portretem stała Marggy i czekała.
„Ciekawe na kogo czeka? Wrr… Pewnie na mnie! Że akurat teraz!!” – pomyślał Black i podszedł do dziewczyny.
- O… Syriusz…? – Marggy spojrzała na niego wściekłymi oczami. Wyglądała jakby miała za chwilę dostać ataku epilepsji.
- Co jest? Spieszy mi się – Syriusz zachowywał się bardzo nie spokojnie. „Gdzie może być Dorcas…?”
- Chce ci powiedzieć, żebyś się do mnie więcej nie odzywał i jakbyś chciał wrócić to nie wracaj! Pamiętaj!! - krzyknęła i odeszła. Chłopka się uśmiechnął. „O to mi chodziło. Tylko o co jej chodziło z tym ‘…jakbyś chciał wrócić…’ kiedy ja nie chce? No ale co? Głupia jakaś…”
Mruknął do siebie i szybko wbiegł do Pokoju Wspólnego. Nie było tam Dorcas jednak stała tam duża grupa fanklubu jego i Jamesa. Syriusz spojrzał z niechęcią na dziewczyny, które na jego widok zapiszczały. Pan Black usłyszał szepty: „…Zerwał z dziewczyną!… Jest wolny!… Meadsow go nie obchodzi…”. Syriusz pomyślał, że za chwile wybuchnie złością. Denerwowały go głupie przycinki dziewczyn. Zdawał sobie sprawę, że nie jest brzydki i obecnie w stanie wolnym, ale żeby aż tak się cieszyć na wieść, że nie ma dziewczyny? Aby dłużej nie słuchać bzdur na temat Dorcas wbiegł tajnym wejściem do dormitorium dziewczyn. Tylko Huncwoci wiedzieli gdzie ono jest.
Chłopak wpadł do sypialni dziewczyn i doznał kolejnego rozczarowania. Dziewczyny nie było, jednak na jej łóżku leżał list. Syriusz podszedł i wziął pergamin. Był zaadresowany do niego. Koperta nie była zaklejona najwyraźniej Dorcas zamierzała coś dopisać. Chłopak delikatnie wyjął papier i zaczął czytać:
Syriuszu!
Mam już dość tych okrutnych kłamstw
Czasem każdy dzień przynosi lęk
Dzięki tobie wszystko traci sens
Nie rozumiesz, że to sprawia ból
A to przecież tylko kilka słów
Nie obchodzi Cię, to że ranisz mnie
Pozwól mi być tym kim chce
Niszczyć łatwo trudniej wszystko znieść
Gorzkie chwile dają jednak sens
Teraz kiedy siłę w sobie mam
Teraz kiedy los tworzę ja
Już wyrzucam gniew i oddalam lęk..
Jednak wiem, że
W tym miejscu list był skończony. „Co chciała dopisać? Co to mogło być? Gdzie ona jest?”. Black włożył list do koperty, położył na miejsce i wyszedł z dormitorium. W Pokoju Wspólnym zobaczył Lily i Jamesa. Gryfonka siedziała przed kominkiem, w którym się nie palio, gdyż temperatura na dworze przekraczała 30 stopni. James siedział koło niej na podłodze. Amy i Remus nie było. „Pewnie poszli na spacer” pomyślał Łapa. Jednak na pocieszenie klub jego fanek nie zmniejszył się ani o jotę.
- James! Daj mi naszą mapę! Muszę kogoś znaleźć… - mruknął Black. James wyjął z kieszeni zwitek papieru, a Lilka skrzywiła swoją buzię.
- Wiesz Syriusz… Kultura wymaga żebyś się przywitał!
- Cześć – mruknął i wyszedł z pomieszczenia.
- Co mu?
- Dorcas – odpowiedział James jednym słowem i postanowił zaprowadzić Lily do jej sypialni.
- Wiem, że Dorcas. Ciekawe czy się pogodzą? - mówiła Lily. James właśnie prowadził ją po schodach.
- Mam nadzieje. Witaj w domu – powiedział wchodząc do sypialni. Był tam bałagan. Jak nigdy po pokoju walały się książki, spodnie, spódnice i skarpetki.
- James, trzeba się jutro zacząć pakować. Dziewczyny chyba zamierzały to zrobić dzisiaj.
- Widać – uśmiechnął się James i przytulił Lily.
- Ech… Dusisz mnie… - mruknęła, wyłaniając twarz z jego szaty.
- Przepraszam. Ja chyba też idę się spakować. Idź prześpij się albo coś.
- Coś – mruknęła Lily łobuzersko i dała Jamesowi buziaka.
- To cześć – powiedział James i podszedł do drzwi.
- James!! Ja chcę COŚ od ciebie… - krzyknęła Lily kapryśnie i łobuzersko, na co chłopak się uśmiechnął.
- Nie dziś. Pa – powiedział i wyszedł. Lily rzuciła się zrezygnowana na swoje łóżko. Spod poduszki wyjęła jakiś stary zeszyt. „Moje bazgrołki” głosił tytuł. „Napisała Lily E.” Dziewczyna otworzyła zeszyt na jakiejś pustej stronie, wyjęła pióro i zaczęła pisać.
” 20 czerwiec- szósta klasa .
Wyszłam dziś ze Skrzydła Szpitalnego. Jak się tam znalazłam? To nie jest godne uwagi. To jest nie właściwe postępowanie Lucjusza Malfoya.
Wczoraj wieczorem leżałam sobie w Skrzydle Szpitalnym i myślałam, że nikt mnie już nie odwiedzi. Jak mogłam się mylić? Do tego ohydnego, że tak to ujmę miejsca wszedł James. Postanowiłam wreszcie z nim poważnie porozmawiać. Nie było mi łatwo, zresztą po tym co zrobił mi Malfoy, ale Jamesowi należały się wyjaśnienia. Przecież jest moim narzeczonym! Gdy tylko koło mnie usiadł zaczęłam:
- James? Musimy porozmawiać.
- Tak Lily? - zapytał się mnie tym swoim głosem. Zaraz się rozpłynę ze szczęścia.
- Bo widzisz… Ja chciałam mu uciec, ale nie mogłam… - głos mi zaczął drżeć. Chyba zaraz się popłaczę! James mnie wtedy przytulił i pogłaskał po głowie jak małe dziecko.
- To nie twoja wina Lilka. To moja wina. Mogłem być wtedy przy tobie.
- Nie James. To moja wina. Jakbym nie obrażała się o twoje głupie żarty, to by się nigdy nie wydarzyło… Ja chciałam swój pierwszy raz przeżyć z tobą…
- Chciałaś ze mną przeżyć… - zapytał nie dowierzając.
- Tak. Chciałam z tobą przeżyć to COŚ… - uśmiechnęłam się.
- Lilka….
- Tak?
- Kocham cię - powiedział James i znowu mnie przytulił.”
Lily schowała pamiętnik z powrotem pod łóżko i przytuliła głowę do poduszki. „Jak dobrze być znowu w tym miejscu, i choć jutro jest uczta pożegnalna, a pojutrze odjazd i wakacje, to ja już tęsknie za Hogwartem. Nie wiem jak przeżyję przyszły rok. Siódma kasa. Ostatni rok. Koniec szkoły. Koniec Hogwartu. ” Lily przykryła się kocem i niebawem smacznie zasnęła. Jednak trudno powiedzieć czy jej chłopak był już spakowany i też spał.
James tymczasem znajdował się w tunelu prowadzącym do Miodowego Królestwa. Był już późny wieczór.
Chłopak właśnie wspinał się po schodach, gdy nad głową usłyszał szelest. Właściciel zamykał sklep ze słodyczami. Potter odczekał chwilkę i wyszedł z kryjówki. Znalazł się w ciemnej piwnicy królestwa słodyczy. James wszedł wesoło po schodach. Zewsząd otoczyły go półki z cukierkami, lizakami i różnymi rodzajami ciasteczek. James podszedł od niechcenia do półki z lizakami. Odnalazł półeczkę z napisem „TYLKO DLA ZAKOCHANYCH” i wyjął z niej największego lizaka w kształcie serca. Słodycz kosztował go 2 galeony. Tak wygórowana cena miała jednak swoje uzasadnienie. Lizak był rozmiarów kartki, pokryty czymś iskrzącym się. Jedząc takiego lizaka czuło się rozpierające szczęście i choć lizak wcale się nie kurczył dostarczał wielu przyjemności. Był w kształcie serca…
James rzuciła na blat monety, płacąc tym samym za lizaka. Uśmiechnął się do siebie. „Ciekawe jaką minę zrobi Lily na widok tego cuda i ciekawe co powiedzą Huncwoci, a właśnie! Gdzie polazł Syriusz?” pomyślał James i ku swojej rozpaczy zobaczył jakiś kształt za oknem. Najprawdopodobniej właściciel sklepu wrócił.
- Złodziej! – krzyczał mężczyzna za oknem. James zamarł w miejscu i szybko uciekł do piwnicy. Jak błyskawica wleciał do tajnego przejścia. Szybko zamknął właz i pobiegł ile sił w nogach długim tunelem.
Właściciel szybko otworzył drzwi i pobiegł do piwnicy, łapiąc za stojącą pobliżu miotłę.
- Wyjdź! Kimkolwiek jesteś każe ci wyjść! – odpowiedziała mu głucha cisza. James właśnie dobiegał zadyszany do zamku. Zdenerwowany mężczyzna wszedł do piwnicy i rozejrzał się. Ku jego zdziwieniu nikogo tam nie było, a właz od tajnego przejścia był szczelnie schowany.
- Co ślepy jestem czy jak? – mężczyzna zdezorientowany wyszedł zamykając dokładnie drzwiczki piwnicy. Wychodząc ze sklepu zauważył pieniądze na blacie.
- Ktoś tu coś kupował? Nie mógł jak był otwarty sklep? Co jest? – mruknął chowając pieniądze i zamykając sklep.
James właśnie wkraczał do Pokoju Wspólnego Gryffindoru.
16.ANIELE MÓJ.
James wszedł do dormitorium. Syriusza nie było, jednak reszta Huncwotów w liczbie dwa, smacznie spała. Rogaś postanowił wziąć ciepłą kąpiel po przygodzie ze sprzedawcą. Położył lizaka na łóżku i wgramolił się do wanny. Jednak szybko nie zamierzał z niej wyjść.
Gdy już woda zrobiła się niepokojąco zimna, Potter wytoczył się z wanny i założył ulubione bokserki. Podszedł do swojego łóżka i chwycił lizaka, przyglądając mu się…
Zegarek wskazywał dziesięć minut po drugiej w nocy. Syriusza nie było. Mapy Huncwotów też.
James postanowił odwiedzić Lily. Schodził właśnie po spiralnych schodach, gdy usłyszał szelest. Rozejrzał się zaniepokojony jednak nic nie zobaczył. Szybko podbiegł pod schody do dormitorium okrążając je. Pod schodami znajdowała się dźwignia. Pociągnął ją i już bez żadnego problemu wszedł do sypialni Lily.
Rudowłosa spała sobie smacznie. James wślizgnął się jej do łóżka.
- Lily… Lily obudź się! – szepnął jej do ucha. Lily jednak nie zamierzała otwierać oczu. James połaskotał ją po plecach, gdyż dziewczyna tak do niego leżała, jednak ruda dziewczyna tylko mruknęła i przekręciła się twarzą do Jamesa. Chłopak nie wiele myśląc dał jej „mokrego” buziaka. Lily wzdrygła się i otworzyła oczy.
- James! – krzyknęła. James przykrył ręką jej usta.
- Cicho, bo obudzisz dziewczyny – szepnął. Lily zmrużyła oczy i ponownie położyła głowę na poduszkę.
- Mogę spać z tobą? – zapytał.
- Tak, tylko na razie ręce przy sobie… - mruknęła Lily i zasnęła. James spojrzał na nią z zachwytem. Przytulił się do niej, kładąc lizaka na stoliku obok łóżka i odnotowując jednocześnie, że na sąsiednim łóżku nie ma Dorcas…
***
Dorcas tymczasem spała wtulona w Syriusza. Oboje byli w Pokoju Życzeń. Dorcas zmusiła Syriusza, żeby ukradł mistrzowi eliksirów veritaserum i wypił parę kropel. Chłopak bez wahania wykonał jej polecenia. „Udowodnię jej, że ją kocham. Tylko ona się liczy”
Po wypiciu eliksiru chłopakowi oczy stanęły w słup. Dorcas wystraszyła się, że otruła jedyną osobę dla której żyje na tym świecie. Jednak takie było działanie veritaserum. Syriusz powiedział wszystko. Dlaczego, jak i kiedy zaczął się spotykać z Marggy. Co czuje do Dorcas, a co do tamtej…
Jednym słowem - Syriusz udowodnił, że kocha Dorcas. Teraz leżeli wtuleni w siebie na wielkim łóżku w Pokoju Życzeń. Było im razem dobrze, a noc którą razem spędzili była jedną z najpiękniejszych w ich życiu, bo przepełniona miłością i obopólnym zaufaniem, które dopiero teraz wyszło z ich serc i ujrzało światło dzienne.
Dorcas było trochę głupio, że nie wierzyła Syriuszowi. Jednak zdrada była zdradą.
***
Lily obudziła się wyjątkowo bardzo późno. Za oknem znowu panował upał i choć tego wieczoru miała się odbyć pożegnalna uczta, jej wcale a wcale nie chciało wracać się do domu. Od paru dni zastanawiała się czy zaprosić Jamesa do siebie, chociaż na tydzień na wakacje. Po otworzeniu zielonych oczy Lily ujrzała obiekt swoich myśli słodko śpiący, z otwartą buzią, w dziwnej pozycji. Zaśmiała się cicho. Zauważyła, że nikogo nie ma w sypialni, więc cicho opuściła łóżko ruszając do łazienki. Wychodząc, złapała spódnice i pierwszą z brzegu bluzkę, spoglądając na szafką nocną. Leżał tam jakiś lizak. „James znów się na łowy wybrał” pomyślała rozbawiona i weszła do toalety.
W pokoju panował okropny bałagan jednak w łazience nie było czyściej. Wszędzie porozrzucane były kosmetyki, dziewięć szczotek do włosów i mnóstwo gumek, spinek, wsuwek…
Lily szybko umyła buzię i zęby. Jeszcze szybciej zapięła suwak spódnicy i założyła bluzkę na ramiączkach z cienkiej moliny. Wchodząc do pokoju zerknęła na łóżko czy James aby nie wstał.
- Śpi jak aniołek – Lily stanęła i popatrzyła się na niego.
- Chyba się zaraz rozpłynę – pomyślała i siadła na łóżku. James otworzył oczy i się szeroko uśmiechnął.
***
Przemowa dyrektora była tego wieczoru inna niż wszystkie. Dumbledor wstał, poprawił okulary i chrząknął. Zaczął mówić nie zwykle poważnym głosem, niepasującym do niego.
- Witajcie moi drodzy uczniowie, tego ostatniego wieczoru w tym roku szkolnym! Dla niektórych będzie to ostatni rok, dla innych nastąpi kolejny – odchrząknął. - Chciałem powiedzieć, że ostatnio jeden z uczniów dopuścił się karygodnego czynu. Zostanie on odpowiednio ukarany w przyszłym roku, jednak konsekwencje pieniężne zostaną wyciągnięte w tym roku. Panu Malfoyowi zostanie wymierzona kara w postaci 10 000 galeonów dla poszkodowanej dziewczyny. Profesorowie poprosili mnie również, abym zabronił uczestnictwa pana Lucjusza w wypadach do Hogsmeade, udziału w uroczystościach szkolnych oraz innych przedsięwzięciach. Jednym słowem - zawiesić go w prawach ucznia. Przychylam się do ich zdania. Będziemy mieli na uwadze ten odrażający czyn i pan, panie Lucjuszu, będzie pod naszą stałą kontrolą – po Wielkiej Sali przeleciał szum zdziwienia. Szeptali wszyscy, włączając profesorów, którzy już wcześniej odzyskali sprawność fizyczną po „prezencie” od Huncwotów. Malfoy siedział zaczerwieniony z nosem na kwintę.
- Lily! Ale dostaniesz forsy… - szepnął głośno Syriusz. Lily uśmiechnęła się słysząc jaką karę otrzymał Malfoy. James, siedzący przy niej objął ją ramieniem i się uśmiechnął. Dyrektor zaczął ponownie mówić, patrząc na uczniów, a w szczególności na przytuloną dwójkę.
- Tak więc pan Malfoy ma obowiązek przekazać jeszcze dziś pieniądze, a ja sam tego dopilnuje. A teraz smacznego! – zakończył dyrektor i się uśmiechnął do wszystkich wliczając również zastawę stołową. Lily również uśmiechnęła się do pustego talerza.
– Ale jestem głodny… - mruknął Peter. Jednak na jego prośbę nie było żadnego sygnału. Talerze były puste i choć wszyscy spojrzeli na dyrektora, ten nadal się uśmiechał. Po chwili Lily dostrzegła koło swojej szklanki dzwoneczek. Podniosła go i nie śmiało zadzwoniła. Do Wielkiej Sali wleciał małego wzrostu Cherubinek. Każdy spojrzał na niego zdziwiony, jednak ten nie zwracał na nikogo uwagi. Podleciał spokojnie do Lily.
- Czego sobie panienka zażyczy do jedzenia? – zapytał, trzepocząc skrzydłami nad głową Jamesa.
- Eee… Może sok dyniowy i udziec kryształowca – powiedziała śmiejąc się w duchu. Cherubinek odleciał, by po chwili pojawić się z tacą. Podleciał nieśpiesznie do Evans i podstawił jej tacę tak, aby mogła sobie wziąć poproszoną potrawę. Reszta uczniów zrozumiała aluzję i chwyciła za dzwonki. Dorcas zerknęła w stronę stołu nauczycielskiego. Większość profesorów widać też nie wiedziała co robić, bo również chwyciła dzwonki. Po chwili zaroiło się od cherubinków i uczta się rozpoczęła.
17.ZMIANY NADCHODZĄ.
Podróż do domu minęła bezproblemowo. Lily otrzymała wynagrodzenie i choć Lucjusz wyglądał jakby połknął pszczołę, nie chciał przyznać się, że szkoda mu tych pieniędzy. Wręczając Lily monety w obecności dyrektora, wyglądał jakby te pieniądze to były marne knuty.
Lily była bardzo szczęśliwa. „Kupię za nie książki do siódmej klasy!” marzyła. Jej rodzicom było coraz trudniej utrzymywać córki. Petunia stroiła się i pedantycznie sprzątała codziennie dom ze względu na swojego chłopaka - Verona. Miał on zwyczaj „wpadać” czasem do Petuni i choć czasem wychodził bardzo późno, albo przebywał z nią bardzo krótko, środki do sprzątania domu kosztowały.
Lily wysiadała właśnie z pociągu, gdy przypomniała sobie o bardzo ważnej rzeczy.
- James? Mam do ciebie pytanie…Skoro twoi rodzice nie żyją, może te wakacje spędzisz u mnie? – zapytała z troską. James wyglądał na bardzo szczęśliwego, jednak coś tę radość blokowało.
- Lily… Bardzo chciałbym, ale nie teraz. Na razie obiecałem Remusowi, że u niego spędzę ze dwa tygodnie. Będzie tam też Syriusz, bo rodzice się go wyrzekli, a co roku wakacje spędzał u mnie. No aż do teraz – mruknął i uśmiechnął się z bólem w oczach. Lily spojrzała zaskoczona. „Nie wiedziałam…” pomyślała.
- Może uda ci się przyjechać wcześniej? – zapytała z nadzieją i pomyślała o Petuni. „Niech James postara się wcześniej do mnie zawitać, bo ja z tą porządnicką nie wytrzymam!!”
- Może mi się uda. Postaram się – powiedział dając jej buziaka i odchodząc. Evans zobaczyła swoją mamę stojącą koło wyjścia i rozglądającą się w poszukiwaniu córki. James odchodził niesiony przez tłum, a Lily nagle w oczach zakręciły się łzy. „Spędź dobrze te tygodnie!” pomyślała i podeszła do mamy, która zaczęła nagle machać ręką do rudej dziewczyny.
- Cześć mamo…- przywitała się wymuszając na bladej twarzy uśmiech.
***
Samochód podjeżdżał smętnie do domu przy Privet Drive 4. Gorący asfalt odbijał upał dnia i choć zbliżał się wieczór w powietrzu czuło się spaliny i rozgrzany zapach drogi.
Lily otworzyła drzwi do domu i poczuła zapach płynu do mycia szyb. Okna błyszczały jak nowe, białe firanki przypominały święta i choć Lily widziała czyste mieszkanie, rodziców, których tak kochała, a których widziała po raz ostatni w Święta Bożego Narodzenia i za którymi tęskniła, czuła, że za chwilę popłacze się z nieokreślonej przyczyny. „Może chodzi o Jamesa? Może ja nie chcę żeby on wrócił do domu gdzie zabili mu rodziców? Nie chcę żeby był u Remusa, który może… Może go zaatakować w pełnię…” Lily z sercem na dłoni weszła do pokoju i choć była jeszcze wczesna pora położyła się do łóżka. Zasnęła, a sny miała nie spokojne, pełne różnych, ciemnych kształtów i groźnych szeptów.
Chłód i cień
Już czas na sen
Zachód słońca żegna dzień...
I ścichł Twój szept
Twój wzrok też zgasł
Wokół tylko cisza...
[„Bezczas” Sz. Wydra]
***
Lily obudziła się wczesnym przedpołudniem. Dochodziła jedenasta.
- Czemu ja tyle spałam? – dziewczyna podniosła rudą głowę i ujrzała słońce wkradające się do pokoju. Znów zbliżał się nieubłaganie upał. Na dworze prażyło słońce, na niebie nie było chmur, a nieliczni przechodnie uciekali do domów przed zdradliwymi promieniami słonecznymi.
Lily wyszła z łóżka i westchnęła. Nie nawiedziła upałów. Uczesała włosy i założyła bluzkę i spodenki leżące najbliżej łóżka. Poczuła, że jej żołądek domaga się gwałtownie jedzenia. Dziewczyna więc szybko zbiegła ze schodów, chcąc zaspokoić kaprys własnego brzucha.
Gdy tylko zeszła do kuchni zobaczyła Petunię szorującą zlew i nucącą jakąś rzewną piosenkę. Lily prychnęła kpiąco, a jej starsza siostra okręciła głowę. Gdy tylko zobaczyła swoją młodszą, znienawidzoną siostrę okręciła się ponownie do zlewu i zaczęła szorować kran z taką dokładnością i szybkością, że nie jedna sprzątaczka pozazdrościłaby jej.
Lily uśmiechnęła się pod nosem. Usiadła i wzięła kanapkę, które mama zrobiła jej i jej siostrze przed wyjściem do pracy.
- Jak tam rok szkolny? – zapytała najspokojniej Lily Petunię pomiędzy jednym łykiem soku, a gryzem kanapki. Petunia odwróciła się gwałtownie. Wyglądała na bardzo zaskoczoną. Lily nigdy nie chciała dobrowolnie z nią rozmawiać.
- Eee… Ech… No dobrze… Świetnie – powiedziała i pomyślała o zagrożeniu z botaniki i anatomii.
- A tobie? – zapytała siadając przy stole.
- Mi? Mi też dobrze – powiedziała, ale cień przebiegł jej przez twarz na wspomnienie tego, co stało się przed końcem roku.
- Na pewno? – zapytała Petunia patrząc na wydłużoną minę Lily.
- Och, Petunio!! – krzyknęła i rzuciła się na starszą siostrę ze łzami. Petunia spojrzała na zapłakaną Lily z pewnym zaskoczeniem. Trudno jej było zrozumieć, co się stało. „Chłopak ją rzucił? Nie zdała? Zgubiła swoją ulubioną spódnicę?” Dziewczyna pogłaskała w końcu swoją młodszą siostrę po głowie i przytuliła ją jak przystało na rodzinę.
***
Lily czuła, że stosunki pomiędzy nią a Petunią trochę ocieplały. Ruda zastanawiała się, co spowodowało zmianę w zachowaniu jej siostry. Petunia, gdy wczoraj pocieszała siostrę była pewna, że coś stało się Lily w tej „szkole dla dziwolągów”. Nie chciała komentować, co jej głupia siostra tam robiła i co ją w zamian spotkało. Wiedziała, że takimi słowami zrani ją na pewno. Wolała udać, że jest dobrą, kochaną, starszą siostrą. A nią wcale, a wcale nie była.
A jednak Lily jej zaufała…
-Dziękuje Petunio za wczorajszą rozmowę – powiedziała Lily następnego dnia, późnym popołudniem, kiedy upał dogasał.
- Och nie ma, za co. Ten Lucjusz, tak? Lucjusz zachowała się jak prosię. Jakby to było u nas w szkole to wywaliliby go. Ja już idę się kąpać, bo Veron przyjeżdża – zaśmiała się Petunia i wyszła z salonu. Za drzwiami skrzywiła się niemiłosiernie i pomyślała, ile to jeszcze czasu będzie musiała udawać dobrą siostrę. Szybko weszła na górę kierując się do łazienki.
Lily siedziała tym czasem w salonie i myślała.
„Co stało się Petuni? Nigdy taka nie była! Może dla tego tak się zachowuje, że Veron przyjeżdża? A może, że nie ma tu Jamesa? Co się stało? Ukrywa zazdrość i zawiść?” – Lily, której znajomi nadali pseudonim Ruda, zamknęła oczy i gorączkowo rozmyślała. Ani się obejrzała a przysnęła.
Nie dano jej było spać długo, bo po pięciu minutach zabrzmiał dzwonek. Zerknęła na zegarek. Pół do siódmej. „Czyżby to był Veron? No i ja mu muszę oczywiście otworzyć, bo Petunia się jeszcze kąpie!! Wrr… A rodzice nie mają, co robić tylko jeździć na jakieś przyjęcia!” Lily podeszła do drzwi. Po tym krótkim śnie wyglądała jak upiór. Była rozczochrana, blada, gdyż spało jej się dobrze, choć krótko, a dzwonek wyrwał ją z tego letargu.
Gdy poprawiła trochę włosy, co nie pokazało widocznych rezultatów, położyła dłoń na klamce i już chciała otwierać drzwi, gdy usłyszała zza nich glos.
- Nie otwieraj tych drzwi, bo zmieni się całe twoje życie – usłyszała.
18.KŁAMSTA I KŁAMSTEWKA.
Wbrew pozorom Lily otworzyła drzwi. Veron nie miał takiego poczucia humoru, aby żartować w ten sposób, więc to na pewno nie on. Lily szarpnęła za klamkę u dość dużych drzwi – „głównych” drzwi, jak je kiedyś nazywała i zobaczyła ku swojemu największemu zdumieniu Pottera.
- Cześć Liluś! – krzyknął i już chciał ją pocałować na przywitanie, lecz Lily uchyliła się przed jego rozczochraną głową i wlepiła w niego zdumione spojrzenie.
- Co ty tu robisz?? – zapytała z nieukrywaną satysfakcją i ogromnym zdziwieniem w głosie. James uśmiechnął się figlarnie i szybko pocałował Lily.
Stęsknił się za jej ustami i za nią. Nie widzieli się raptem parę dni - ot, przecież są wakacje. Jednak James nie mógł wytrzymać w domu swojego kolegi - wolał być ze swoją dziewczyną. „Ze swoją narzeczoną” poprawił się w myślach i uśmiechnął się jak głupi do zielonych oczu Lily. Starał się przyjechać jak najszybciej. Byłby nawet wczoraj. Co się okazało? James z pochodzenia czarodziej czystej krwi, nie był zbyt dobrze rozeznany w środkach komunikacji mugoli. Nie mógł przylecieć, choć oczywiste było, że chciał to zrobić. Jednak rozsądek zwyciężył i postanowił jakoś dojechać autobusem. Tłukł się mozolnie aż półtora dnia w podróży, a już gdy był blisko celu czuł, że jeśli za chwilę nie zobaczy uśmiechu Lily to krzyknie i padnie z wyczerpania.
Teraz stał i śmiał się na widok zaskoczonej miny Lily.
Obiecał, że przyjedzie, ale co z tego, że tak szybko?
Lily wpuściła gościa do domu całkowicie zszokowana. Czuła, wiedziała, że płacz…
„Choćby całą noc przepłakać, rano wraz ze słońcem wstanie szczęśćcie…” przypomniała sobie słowa mamy, wypowiedziane kiedyś… Dawno temu, i choć teraz był wieczór, czuła, jak zza drzew uśmiecha się do niej ironicznie niebo, a ostatnie promienie słoneczne igrają na ciemnych włosach Jamesa.
Te łzy sprzed paru dni już nic nie znaczyły.
***
Lily siadła w fotelu, a James na kanapie.
- Chodź do mnie – powiedziała Lily, jednak James kiwnął przecząco głową.
- Nie. Lilka ja jestem od trzech dni na nogach i nie mam już siły na nic – mruknął.
- Od trzech?
- Była pełnia, więc no wiesz… A od razu po niej pojechałem do ciebie. Remus się trochę poranił, więc chciałem od razu przyjechać, żeby na niego nie patrzeć. Dwa dni mi podróż w tym upale zajęła.
- Uch… Może chcesz coś do picia? – James nie śmiało kiwnął głową, na co Lily zerwała się i pobiegła do kuchni. Gdy już kończyła przygotowywać mrożoną herbatę, nad drzwiami rozległ się ponownie dzwonek. Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę, kim może być człowiek, który dzwoni do domu, lecz drzwi otworzyć nie mogła, bo ręce miała zajęte pełnym dzbanem i szklankami.
- James? Otworzysz? – krzyknęła, a chłopak podniósł się i nacisnął na klamkę. Lily dorzucająca kostki do herbaty nigdy potem nie mogła zrozumieć czy wybuchła bomba, czy był wypadek przed jej domem, jednak dziewczyna z czystym sumieniem mogła powiedzieć, że zagrzmiało, a ziemia pod jej stopami zatrzęsła się. Gryfonka rzuciła szklanki na podłogę, nie szczędząc również dzbanka z mrożoną herbatą, i szybko wybiegła.
Zobaczyła Jamesa i Verona, między którymi się najwyraźniej kotłowało. Ruda nie wiedziała, kogo od kogo odczepić, gdyż walka była zbyt gwałtowna i zażarta. Żaden przegrać nie chciał i nie zamierzał.
W tej samej chwili na dół zbiegła Petunia i zaczęła krzyczeć. Lily wrzasnęła żeby się zamknęła, na co ta odkrzyknęła, że nie wie, co to „coś” robi w przedpokoju, ale smród jest nie ziemski.
- Sama śmierdzisz!
-J a? A to coś to może nie? – petunia zakpiła i wskazała na Jamesa, który siedział na Veronie i zaczął go okładać pięściami. Ten nie pozostał mu dłużny uderzając go bardzo brutalnie po twarzy. Po obu krew ściekała jak górskie potoki ściekają po skałach. James oprócz tego miał rozciętą wargę, a smugi potu i kurzu, pozostałości po podróży nadawały mu wyraz, jak nie włóczęgi, to osoby bardzo do włóczęgi podobnej.
- Przymknij paszczę i pomóż mi ich rozdzielić – krzyknęła przerażona, patrząc jak Veron bierze odłamek szkła, który doleciał z kuchni aż do przedpokoju i nie bezpiecznie macha nim koło Jamesa.
- Ani mi się śni! Nie dotknę tego czegoś nawet z dwumetrowym przeczyszczaczem do kibla! – Ryknęła Petunia, no co Lily ogarnęła furia, a ze złości łzy zaczęły zbierać się jej pod powiekami. Zdawało się, że z tego, co zostało po jej rozmowie z siostrą i zaprzyjaźnieniu się z nią to marne szczątki. Szkoda, że ruda panna Evans nie poczuła, że wszystko było budowane na kłamstwie.
Obie Evansówny zaczęły krzyczeć jednocześnie, a ich chłopcy bili się pod nogami wrzeszczących dziewczyn. Harmider był okropny, podłoga zalana krwią i obsypana szczątkami szklanek i dzbanka, gdy w tak fatalnym momencie na podjazd koło Privet Drive 4 wjechali rodzice obu dziewczyn, bardzo zadowoleni z przyjęcia w pracy pana Evansa.
- Widziałeś sukienkę McRudfoll? Widać, że powinna pozbyć się co najmniej z siedem kilo - mruknęła pani Evans siedząc koło męża w samochodzie. Ten coś burknął.
- Nie wiedziałam, że jej mąż to twój kolega… - uśmiechnęła się.
- Nie jest nim.
- Ale wydawało mi się, że się lubicie.
- No, ale „lubić” a „kolegować się” to są przecież różne rzeczy – powiedział pan Evans otwierając drzwi i wypuszczając żonę. Szli już zgodnie po kamiennej ścieżce do domu.
Bardzo się jednak zdziwili, gdy zauważyli otwarte drzwi. Trudno było określić uczucia państwa Evans, gdy zobaczyli swoje obie córki, krzyczące i piszczące, a pod ich stopami bijącego się Jamesa i Verona.
Pani Evans nie miała nic do tego, że James bije Verona, jednak była bardzo zdenerwowana widząc, że Veron bije Jamesa.
- Uspokoić mi się natychmiast! Do pokoju! Ale już! – wrzasnęła. Wszyscy zamilkli. Pan Evans cichcem obszedł żonę i wszedł do kuchni mijając potłuczony dzbanek i dwie szklanki, o mało nie poślizgując się na herbacie i wodzie z roztopionych kostek lodu.
James słysząc wrzaski swojej „teściowej” jak panią Evans z lubością nazywał Syriusz, przestał bić Verona, zamierając z ręką w górze.
Verona natomiast nic sobie z jej krzyku nie robił, jednak widząc, że James przestał się „rzucać” on postanowił zrobić to samo.
Wszyscy ruszyli do salonu, za wściekłą panią Evans - milcząc.
Po pół godzinnym kazaniu, Lily weszła z Jamesem do kuchni. Jej mama postanowiła się „rozłożyć” na kanapie i trochę odpocząć. Petunia i Veron poszli na górę.
W kuchni siedział pan Evans pijąc spokojnie herbatę, po wcześniejszym uprzątnięciu czegoś, co do nie dawno było mrożoną herbatą, dzbankiem i szklankami.
Lily bez słowa sięgnęła po apteczkę domową i zaczęła opatrywać Jamesa. Ten, co chwilę krzywił się i skomlał. Nie był przyzwyczajony do „mugolskiego” leczenia. W świecie czarodziei uleczyliby go w jedną sekundę.
Tutaj nie. Musiał się pomęczyć. Chłopak miał spuchniętą wargę miejscu gdzie była rozcięta. Był posiniaczony i obolały.
Veron Dursley był tęgim, rosłym dwudziestolatkiem, gdy tymczasem James miał zaledwie siedemnaście lat i był dosyć szczupłym chłopakiem, choć Quidditch wyrobił mu częściowo mięśnie.
Lily delikatnie przetarła my zakrwawiony policzek, gdy ten prawie krzyknął z bólu. Pod okiem miał kawałek szkła szklanki. Nie wyglądało to za dobrze.
19.PRZYJACIELE.
Lily siedziała przed gabinetem jakiegoś chirurga. Nie mogli jechać do szpitala Św. Munga, gdyż Lily nie miała pojęcia, gdzie to jest, a James, owszem wiedział, tylko nigdy tam nie był i najprawdopodobniej zabłądziłby.
Pan Evans siedział koło córki, a pani Evans była z Jamesem w gabinecie. Lily również chciała wejść, ale zatrzymał ja tata i rozsądek. Na pewno zemdlałaby na widok zszywania jej chłopaka.
Bo rana była głęboka. Niestety, ale James musiał mieć założone szwy i choć nie bał się, nogi ugięły się pod nim, może na skutek utraty krwi, może przez to, że zobaczył chirurga, a może przez to, że prawie zgniótł ciałem panią Evans, gdyż ledwo stał na nogach, a ona podtrzymywała go w gabinecie. Było mu głupio, widząc tyle zamieszania koło swojej osoby. W tej chwili bardzo żałował, że wdał się w bójkę. Nie ma jak prowokacja. Veron widać był zazdrosny o to, że James jest wysportowany, przystojny… A z Dursleya jednym słowem jest wielka klucha.
Po godzinie Lily ze swoim tatą zobaczyła bladego Jamesa i panią Evans wychodzącą z gabinetu.
- Co mu się stało?
- Chyba przeżył szok jak zobaczył igłę! - zażartowała pani Evans.
- Mamo! - krzyknęła Lily. James uśmiechnął się lekko i nabrał kolorów.
- Wracajmy do domu, bo Petunia z Veronem go rozniosą - powiedział pan Evans, a wszyscy wybuchli śmiechem.
***
James położył się do łóżka, wykąpany i obolały. Lily stanowczo nakazała mu spać w pokoju gościnnym, a nie swoim.
- Brzydzisz się mnie? - zapytał z dziwnym błyskiem w oku.
- Nie, tylko… Będzie ci wygodniej spać samemu niż gnieździć się w jednym łóżku ze mną - powiedziała układając jego ubrania w szafie.
- Lily, wiesz, że tak nie jest i nie będzie - przerwał jej James, jednak i jemu przerwano, bo do pokoju gościnnego zapukała pani Evans.
- Idźcie już spać - powiedziała.
- Mamo! Jeszcze chwilkę. Skończę układać ubrania Jamesa w szafie - mruknęła Lily. Wkładała właśnie ostatnią bluzę Jamesa do szafy. Mama dziewczyny wyszła i cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Skończyłam - powiedziała lekko. Okręciła się i zobaczyła, że jej chłopak leży z zamkniętymi oczami.
- Śpisz? - ani drgnął. Najwidoczniej śpi. Jednak to podejrzane, że tak szybko zasnął.
- James? James! - Lily kucnęła koło jego łóżka. Potter nie otwierał oczu. Ruda przyjrzała mu się dobrze. Był śliczny, mimo tej dużej rany koło lewego oka.
Ciemne włosy romantycznie opadały na zamknięte, kasztanowe oczy, przykryte powiekami. Po chwili te piękne oczy się otworzyły i James z zaskoczenia złapał Lily w pasie i zaczął się z nią bawić na łóżku. Właśnie, gdy Lily płakała ze śmiechu, bo James ją łaskotał, weszła Petunia.
- Może byście się uspokoili? Próbuję spać! Veron też nie może zasnąć! Jest już dwunasta w nocy! - nie odpowiedzieli jej, gdyż James akurat trzymał Lily za ręce, aby ta nie mogła go połaskotać. Ruda piszczała próbując mu się wyrwać. Petunia spojrzała na nich krzywo i wyszła z pokoju.
- Spać idę - powiedziała Lily.
- Proszę. Śpij tutaj – zamruczał cicho James i odkrył kołdrę. Lily położyła się i zamknęła oczy. Poczuła też, że czyjeś ręce oplatają jej w pasie. James przytulił ją i również smacznie zasnął.
***
James obudził się bardzo wcześnie. Czuł się słabo. Bolała go twarz a na ciele miał mnóstwo siniaków. "Po co go prowokowałem?" pomyślał. Przekręcił się na drugi bok, delikatnie i lekko, żeby nie naruszyć obolałych części ciała i spojrzał na Lily. Wyglądała niewinnie i uroczo. Miała rozczochrane włosy, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. James się podniósł i wyjrzał przez okno. Znów nadchodził niesamowity upał. Chłopak postanowił wstać z łóżka i wykonać poranną toaletę. Po drodze otworzył okno, bo w pokoju panował zaduch, a następnie wyszedł z pomieszczenia kierując się do toalety.
Gdy wrócił Lily nadal spała. Chłopak przysiadł na łóżku obserwując pokój. Porozglądał się chwilkę i zobaczył na parapecie okna sowę, trzymającą list w dziobie.
„Mój najukochańszy Rogasiu!
Mam nadzieję, że dojechałeś do swojej rudej pani prefekt. Remus czuje się dobrze, co mogę śmiało stwierdzić po tym jak wrzeszczał na mnie przez blisko piętnaście minut.
Wybiłem mu szybę. W salonie. Kapciem… Kapciem jego mamy.
No co!?! Chciałem trafić muchę, a mucha odleciała. Kapeć trafił w okno, przebił się i poleciał.
Najgorsze jest to, że nie ma ani kapcia ani muchy! Pewnie doleci do naszego Glizdona. On lubi takiego typu śniadania. Wczoraj wysłałem mu moją skarpetkę. Nie martw się! NIE BYŁA CZYSTA! Tygodniówka, a wiesz jak wyglądają moje skarpetki po tygodniu. Parę dni temu byłem w Londynie. Nie zgadniesz, kogo widziałem!…
James przerwał czytanie i zamyślił się. Kogo ciekawego mógł widzieć? Pewnie Snape`a! Tylko tym się zawsze chwalił. James podniósł list na wysokość oczu i czytał dalej:
„Nigdy nie zgadniesz, więc ci powiem: Snape`a!! Co mnie zaskoczyło szedł z jakąś młodą kobietą! Szedłem za nimi, a ten głupi Smark mnie nawet nie zauważył! Wiesz co? Dziewczyna nazywa się Amelia i jest z Egiptu. Nie ma jak podsłuchiwanie!
Pamiętasz nasze ulubione zaklęcie?? Nawiasem dodając fajnie leciał. Szkoda, że go nie widziałeś. Nadal nosi te szare majtasy. Chyba je sobie obsikał, ale to już od niego będzie śmierdziało, a nie ode mnie.
Pozdrawiam Cię, całuję w nos, a Lily w rękę.
Syriusz znany jako Łapa, lub roznosiciel pcheł.
p.s. Lunatyk przesyła pozdrowienia i każe ci się nie martwić „Ostatnio przeżytym futerkowym problemem”, bo już czuje się dobrze. Odpisz jak się od Lily oderwiesz.
Ufam, żeś zdrów.
S.B.
James odłożył list i się uśmiechnął. „Mimo wszystko dobrze jest mieć przyjaciół!” pomyślał i spojrzał na Lily. Uśmiech ponownie zagościł na jego ustach.
Nie chciał się smucić.
Za parę dni miała przyjechać siostra Verona, Marge. Nie wiedziała do jakiej szkoły chodzi Lily i James, ale od razu ich znienawidziła, nie starała się polubić.
Trudno się dziwić, że i oni na jej widok poczuli coś w rodzaju antypatii. James będzie jej dokuczał, Lily będzie wściekła… Jednak wakacje mieli wspaniałe, bo cały czas byli ze sobą. Wściekłość Petuni, zdenerwowanie Verona i zazdrość Marge… To towarzyszyło im ponad miesiąc. Lily i James mieli świetną zabawę i znakomite wakacje, bo nie było drugiego pokoju gościnnego, a Marge spać gdzieś musiała.
Trudno się dziwić, że jakoś specjalnie Lily i James nie protestowali, gdy musieli spać w pokoju młodszej córki Evansów.
Pod koniec wakacji, Lily i James nie mogli już znieść towarzystwa Verona i Marge, którzy przesiadywali u państwa Evansów prawie całe wakacje i postanowili pojechać do Dorcas na tydzień. Tam zdarzył się przykry wypadek. Lily zgubiła gdzieś swój zeszyt z zapiskami ze swojego życia. Po za tym nic im nie zepsuło miłego spotkania z przyjaciółką.
Niestety, wszystko musi mieć kiedyś swój koniec, tak wiec i wakacje się skończyły. Młodzi czarodzieje z początkiem września wrócili do szkoły.
20.UMARŁAŚ.
Lilyanne Evans rozpoczęła siódmy rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Trochę przerażała ją myśl zdawania OWTMów, jednak chciała jak najszybciej skończyć szkołę. Trudno byłoby jej się dziwić, że często myślała o opuszczeniu Hogwartu, w którym spędziła tyle szczęśliwych lat. Bała się, że dorosłe życie czekające na nią przerośnie jej oczekiwania, bo Lily miała plany. Poważne plany jak na swoje siedemnaście lat. Po skończeniu edukacji chciała jak najszybciej wyjść za mąż.
Tym godnym kandydatem był niejaki James Potter. Człowiek, który uganiał się za Lily odkąd tylko ją zobaczył po raz pierwszy w pociągu. Lily jednak bała się tego uczucia. Bała się, aż do momentu, gdy chłopak płakał w jej ramionach. Było to po zabójstwie jego rodziców przez pewnego czarnoksiężnika mordującego niewinnych ludzi oraz cechującą się zazdrością grupą jego popleczników. Owy człowiek nazywał się Lord Voldemort, a jego słudzy znani byli jako śmierciożercy.
Teraz szanowna panna Lily i pan James siedzieli w pociągu zmierzającym do szkoły.
Wiózł on uczniów do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwardzie. Było bardzo głośno, tłoczno i wesoło. Tak było w każdym przedziale, za wyjątkiem jednego: w przedziale Huncwotów i ich dziewczyn było zadziwiająco cicho. Trudno było się dziwić, jak to możliwe jednak zorganizowana Lily potrafiła jako jedna z niewielu zapanować nad najgłośniejszym huncwotem, Syriuszem Blackiem.
Obecnie Syriusz oglądał krajobraz za oknem, Lily czytała, James przyglądał się jakiemuś punktowi w przedziale, a pozostali spali.
- Czemu ty zawsze musisz coś czytać? Rok temu jak jechaliśmy też czytałaś… - zapytał się James ściągając oczy z punktu na półce na punkciki w oczach Lily.
- Oj James! Ja muszę coś robić. Nie zasnę spokojnie przy tobie!
- Marudzisz… - uśmiechnął się i utkwił znów wzrok w nieokreślonym punkcie. Lily uśmiechnęła się i odłożyła książkę. Spojrzała na niego. Zamyślony, poważny, dorosły chłopak… W tej samej chwili ten oto chłopak spojrzał na nią. Na ich twarzach zagościł wyraz zrozumienia, miłości i szczęścia. A przecież wystarczy być ze sobą.
Po dwóch godzinach jazdy ilość ludzi w przedziale nie zmieniła się. Siedzieli inaczej, bo już z nudów nie mieli co ze sobą zrobić. I już nie był tak cicho. Spał tylko Peter. Reszta bardzo wesoło dyskutowała na dręczące ich tematy.
- Wiecie, że to nasz ostatni rok? - zapytała z troską Amy, bledsza i szczuplejsza niż zwykle.
- Amy, Amy… Tak, ostatni, ale najlepszy! – mruknął Remus siedzący koło niej i trzymający ją za rękę.
- Na pewno damy poczuć nauczycielom, że odchodzimy. Trzeba ich już teraz zacząć godnie żegnać – zachichotał Syriusz siedzący naprzeciwko Amy. W oczach Jamesa zabłysł ogień, jednak Lily szybko go ugasiła.
- Nie sądzę. James na pewno nie będzie z wami uczestniczył w tych dziecinnych zabawach!
- Nie, wcale… James, stary! Ale będziesz miał z Lilką ciężkie życie! Już cię trzyma pod pantoflem – zaśmiał się Syriusz. Remus zachichotał, a James spłonął rumieńcem. Lily natomiast wyglądała jakby chciała uderzyć za chwilę Blacka butem po głowie.
- Nie twój interes, co James będzie ze mną robił po skończeniu szkoły.
- Lily, nie złość się. To tylko żarty – powiedziała Dorcas siedząca koło Syriusza. Chłopak kiwnął głową.
W przedziale robiło się z chwili na chwilę coraz weselej. Peter spał i pochrapywał, a pozostali zaczęli opowiadać sobie różne kawały o czarodziejach i mugolach. Gdy zaczęło się robić ciemno pociąg dojechał na stację w Hogsmeade. Uczniowie zaczęli wysiadać i powstał hałas, słychać było dużo krzyków i mnóstwo śmiechu.
Wrócili do domu.
***
-James! Kochanie! Przewiń Harry`ego! – były wczesne godziny grudniowego dnia. Zbliżały się święta. Lily piekła ciasto. Nie widziała sensu w kupowaniu czy wyczarowywaniu ciast. Wolała upiec je tradycyjnie, po mugolsku. James siedział w pokoju obok i bawił się z małym synkiem. W domu panowała miła atmosfera. Było ciepło, czuć było mandarynkami, a w salonie piętrzyła się wielka choinka, „zdobyta” przez Jamesa.
- Ale on nic nie zrobił -powiedział, wchodząc z chłopakiem na rękach do kuchni. Pięcio miesięczny Harry był słodkim bobaskiem. Lily wzięła orzechy i zaczęła nimi posypywać ciasto.
- Wiesz, co Liluś? Moim zdaniem Harry w przyszłości zostanie sławnym graczem, tak jak tatuś – powiedział tuląc do siebie syna.
Lily uśmiechnęła się pod nosem. James bardzo uroczo wyglądał ze swoim synkiem. Gdy młoda matka patrzyła na nich zalewała ją fala czułości.
- Dobrze James nie histeryzuj. To można jeszcze wyleczyć – zaśmiała się Lily.
- Bardzo śmieszne! – chłopak udał obrażonego.
- Kochanie, żartowałam! Pilnuj ciasta, za dwadzieścia minut wyjmij je z pieca. Ja idę jeszcze na cmentarz – Lily założyła płaszcz i pożegnała się z dwoma ukochanymi mężczyznami.
Gdy tylko wyszła na ulicę została gwałtownie zatrzymana przez wielki tuman śniegu. Odeszła kawałek od domu i teleportowała się.
Po Londynie krążyły rodziny. Czasem zatrzymywani byli przez dorodnych świętych mikołajów. Lily uśmiechnęła się.
Kochała święta. Uwielbiała śnieg, dawanie prezentów…
„No, ale na razie nie na to pora. Czas będzie na to potem… Trzeba coś później kupić dla Jamesa” pomyślała i udała się w stronę cmentarza.
Weszła przez dużą żelazną bramę. Nie było tu tak dużo ludzi jak sądziła. Przeważnie wszyscy odwiedzili już groby swoich bliskich zmarłych.
Lily skręciła w boczną alejkę i przeszła zaledwie dwa metry, gdy znalazła się przed oczekiwanym pomnikiem. Postawiła znicz, strzepując wcześniej trochę śniegu. Wyjęła zapałki i podpaliła go.
Spojrzała na tablicę, a po jej policzku potoczyły się łzy.
Lily zerwała się z łóżka.
- Och to tylko sen, tylko sen – powtarzała wkoło. Taki realistyczny. Taki prawdziwy. Lily przetarła policzki. Były mokre. „A jednak płakałam. Nigdy nie miałam takich snów…” Pomyślała z rezygnacją i złością. Nagle zrobiło jej się bardzo smutno. Nie chciała, aby jej bliscy umarli.
Gryfonka z rezygnacją wstała z łóżka i postanowiła pójść na śniadanie.
Przy wielkiej misce owsianki ożywiła się i postanowiła poprawić sobie humor krótką rozmową z Jamesem. Chłopak właśnie wchodził do Wielkiej Sali. Lily pomachała mu a on skierował kroki w jej stronę, szeroko się uśmiechając.
Gdy zjedli śniadanie i dostali plany lekcji, wstali i ruszyli na transmutację.
Lily ujęła delikatnie dłoń Jamesa. Co chwilę oglądała się za przyjaciółkami, Dorcas i Amy, jednak nie było ich nigdzie widać.
Na transmutacji było bardzo ciekawie. Profesor McGonagall nie zaczęła prowadzić lekcji tak jak to zawsze robiła. Nie wzięła żadnego tematu. Zrobiła coś ze swoją klasą co w świecie mugoli nazywa się godziną wychowawczą.
- Na samym początku stwierdzam, że
pewnym osobom na tej sali nie jest to w ogóle potrzebne – powiedziała z ironią, a jej spojrzenie otoczyło grupkę Huncwotów. Lily zachichotało, co było równoznaczne ze złamaniem praw godności prefektów.
- Uważam, że powinniśmy porozmawiać o waszych przyszłych karierach. Kończycie szkołę, zdajecie testy, a możecie popełnić głupi błąd przy wyborze pracy. Meadsow! Jaki chcesz pełnić zawód po ukończeniu szkoły? – zapytała żywo nauczycielka nic nie spodziewającą się Dorcas, która siedząc w pierwszej ławce, czuła się bezpieczna i odpłynęła w marzenia. Dziewczyna zarumieniła się i powiedziała niewyraźnie, starając nie patrzeć się na swoich przyjaciół.
- Ja… Ja może… Bardzo chciałabym wyjechać za granicę i opiekować się zwierzętami – Lily słysząc te słowa o mało nie spadła z krzesła. Nie ona jedna. James otworzył szeroko oczy, a Syriusz usta. Black patrzył z niedowierzaniem na plecy swojej dziewczyny. Ukochanej dziewczyny. To jakby prawie z nim zerwała. Jeśli Dorcas wyjedzie, Syriusz musi zostać ze względów na swoją przyszłą pracę, a pragnie tak jak wszyscy Huncwoci zostać aurorem. Łapa doznał głębokiego szoku.
Na przerwie on już sobie z Dorcas porozmawia!
Minerwa McGonagall zaczęła spacerować po klasie.
- A ty Potter? Jakie masz ambicje? – ku zdziwieniu Lily, James zarumienił się i spuścił skromnie oczy.
- Ja… Pani profesor chciałbym zostać aurorem i grać zawodowo w quidditcha.
- Długa droga przed tobą. Chyba wiem, czemu wybrałeś taką a nie inną pracę – powiedziała nagle i uśmiechnęła się, stwierdzając, że bardzo popiera taki wybór.
Gdy zabrzmiał dzwonek wszyscy wstali i zaczęli kierować się ku wyjściu. Lily doszła do Jamesa i dyskretnie go przytuliła.
Na korytarzu było tłoczno i panował duży zgiełk. Przed Lily i Jamesem szła Dorcas i Amy szepcząc coś z zapałem. Gdy Lily przyjrzała się bliżej swoim koleżankom, stwierdziła, że dziewczęta stały się dorosłe, jednak… W Amy zachodziły niepokojące zmiany. Schudła, zbladła…
Lily wyminęła je i pomachała im wesoło, a James się nawet uśmiechnął. Dziewczyny odwzajemniły gest do swoich przyjaciół. Kiedy Lily odkręciła się do Jamesa żeby zapytać się gdzie oni idą, bo nie wie co teraz za przedmiot mają, zobaczyła przez ramię swojego Gryfona przerażoną Dorcas i Amy wyglądającą jakby miała za chwilę zemdleć.
Evans złapała Pottera za rękę i szybko wróciła do swoich przyjaciółek.
Amy w istocie rzeczy zrobiła się biała jak pergamin, a Dorcas próbowała ją podtrzymać, jednak było już za późno. Amy zasłabła.
***
- Mam nadzieje, że nic jej nie jest.
- Może to przemęczenie?
- A może… Może jest chora? – Dorcas i Lily stały przed drzwiami Skrzydła Szpitalnego, czekając na wejście, w odwiedziny. Rozmawiały tylko we dwie, bo James poszedł poinformować McGonagall, Syriusz stał koło okna i myślał o tym co Dorcas powiedziała na transmutacji, a Remus stał oparty o ścianę i wcale się nie odzywał. Chyba był zszokowany. Nie on jeden. Jednak tylko on wiedział co czuje jego serce, a czemu myśli szalone doganiają myśli Amy…
Remus cierpiał najbardziej z nich wszystkich. Czuł, że z Amy dzieje się coś złego. W pociągu mało się odzywała. Niewiele jadła. Remus bał się, ze straci tak kochaną osobę. Bał się, a gdy pomyślał, że dziewczyna może z nim zerwać ogarniało go przerażenie tak wielkie, że aż dech w piersi zamierał. Cieszył się, że dziewczyna pokochała go mimo tak wielkiego ciężaru, tego co dręczy go co miesiąc… Ufał Amy, bo ona tylko naprawdę wiedziała co on czuje. James, Syriusz i Peter, choć znali się od siedmiu lat nigdy nie wiedzieli co Remus tak naprawdę przeżywa.
Tylko Amy.
Ona jedna.
Remus starał się nie dopuścić do siebie jednej myśli, która go nękała już od czerwca.
Nie chciał myśleć o tym… Bał się, że…
Bał się, że Amy umiera.
- Wiesz co Dorcas? Ja się boję…
-Ale czego Lily?
-Bo wiesz… Boje się, że Amy umrze – powiedziała przypominając sobie sen, a Remus spojrzał na nią zaskoczony.
Dyskusje przerwano im po chwili, bo pojawił się James i McGonagall, która wyglądała jakby była bliska zawału serca.
- Co się stało? – wydusiła, tłumiąc strach.
- Pani profesor, bo Amy zasłabła – odpowiedziała Dorcas. Lily kiwnęła głową, a James podszedł do Remusa i poklepał go po ramieniu. Profesorka cicho zapukała do drzwi Skrzydła Szpitalnego. Po chwili weszła, a jej podopieczni zostali sami.
- Ciekawe, kiedy nas wpuszczą do środka? – zapytała Dorcas. Reszta tylko kiwnęła głową i nadal czekała.
Po dłuższej chwili kobieta wyszła, a reszcie kazała poczekać.
Teraz już nie kryli przerażenia. Profesor McGonagall wróciła po jakiś dziesięciu minutach, ale nie była sama. Towarzyszył je śmiertelnie poważny profesor Dumbledor.
- Proszę was do środka – powiedział, a grupka Gryfonów weszła do sali.
- Nie sądzę, aby… - zaczęła pielęgniarka, jednak dyrektor przerwał jej i poprosił, aby uczniowie gdzieś usiedli. Spoczęli na najbliższych łóżkach, jednak Amy nigdzie nie było.
- A gdzie…? – zaczął Syriusz, a Remus zaczął coraz rozpaczliwiej oglądać wszystkie łóżka, jakie stały w pomieszczeniu.
- Amy przed dziesięcioma minutami została przewieziona do Świętego Munga – głos dyrektora był bardzo poważny, a jednocześnie tak smutny…
- Czy coś jej się stało, coś poważnego? – zapytała Lily, a James wziął Rudą za rękę.
- Tak… Ta choroba raczej nie występuje w świecie w którym żyjemy, a i w świecie ludzi nie magicznych jest bardzo słabo znana, jednak już przeraża. Mugole nie znają na nią leku. Nasi magomedycy już pracują jak przywrócić Amy zdrowie.
- To… To jednak jest chora? – zapytał blady Remus, wstając. Dyrektor kiwnął głową, a Remus zrezygnowany usiadł.
- Niestety, ale… Podejrzewamy, że jeśli w przeciągu miesiąca… - dyrektor najwyraźniej nie wiedział jak im powiedzieć to co go tak nękało. - Jeśli nie znajdziemy jakiegoś sposobu, metody… Ta choroba… Amy jest pierwszą osobą, która w świecie czarodziei na nią zachorowała. Musimy znaleźć jakieś zaklęcie, eliksir… Nie pozwolę ja i wszyscy nauczyciele… Zrobię co w mojej mocy, obiecuję. Ale jeśli się nie uda… Amy umrze – powiedział w końcu. McGonagall usiadła, a po jej bladym policzku stoczyła się łza. Wszyscy zamarli i zamilkli, tylko Remus wydał zduszony okrzyk, połączenie jęku z beznadziejnym krzykiem.
Jego obawy zaczęły się spełniać, serce ze strachu zaczęło mu mocniej bić.
Lily siedzącej naprzeciwko Remusa zakręciło się głowie.
„Proszę, niech ten sen się nie spełni… Niech się nie spełni… Tylko dwa lata by jej pozostało, a może i mniej… Niech się nie spełni… Nie, nie, nie…” Dziewczyna czuła, że coś jest nie tak, kiedy w swoim śnie odwiedziła cmentarz, kiedy odwiedziła nieżyjącą Amy. Kiedy spojrzała na jej grób, wtedy zaczeła płakać. Wtedy się obudziła. Lily czuła, że ona tym snem wywołała chorobę dziewczyny. Nie chciała być morderczynią przyjaciół. To było nie dorzeczne, ale Lily poczuła, że wszystko to jest jej wina.
21.PRZECIEŻ NIE TAK MIAŁO BYĆ.
Wrzesień minął na czekaniu. Na przeraźliwie beznadziejnym czekaniu. Dyrektor codziennie kontaktował się magomedykami, jednak oni nie mogli nic konkretnego mu powiedzieć. Pierwszego listopada profesor Dumbledore przywołał do siebie całą czwórkę Huncwotów i dwie urocze panny z Gryffindoru.
- Amy wraca do Hogwartu – powiedział, gdy cała szóstka usiadła z przestraszonymi minami. Remus zarumienił się ze szczęścia. Cały miesiąc chodził przybity i smutny. Nikt nie potrafił go pocieszyć. Nie pozwolono mu ani nikomu innemu odwiedzić dziewczyny w szpitalu.
Pozostali bardzo ucieszyli się na wieść, że Amy wraca do szkoły.
- To znaczy, że wyzdrowiała? – zapytała Lily z nadzieją. Dyrektor kiwnął przecząco głową, na co ruda Gryfonka usiadła.
- Nie. Nadal nie wiemy jak leczyć tę chorobę. Lily, pochodzisz ze świata ludzi nie magicznych. Słyszałaś o chorobie zwana leukemią? - dyrektor spojrzał uważnie na dziewczynę, jednak ta zrobiła bezradną minę. Dyrektor przyjrzał się wszystkim z troską.
- Nie chce was martwić, ale jeszcze nikt chorujący na tą chorobę nie przeżył. To bardzo rzadka, groźna dolegliwość. Rok, pół roku, parę lat, tydzień… Trudno mi orzec ile czasu Amy z nami będzie na tym świecie – powiedział, a jego niebieskie oczy wypełniły się łzami. Remus ukrył twarz w dłoniach, a wszyscy przez długą chwilę się nie odzywali.
***
Amy przyjechała jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem, kiedy większość uczniów siedziała już w swoich sypialniach, ucząc się albo śpiąc.
Kiedy Lily czytała książkę z eliksirów i usłyszała ciche skrzypnięcie drzwi podniosła wzrok, który spoczął na bladej twarzy i ciemnych, wystraszonych oczach Amy.
- Amy! – krzyknęła uradowana i zerwała się z łóżka. Dorcas, siedząca obok niej i przeglądając książkę od transmutacji również wstała. Obie dziewczyny uśmiechnęły się.
- Chodź, chodź – powiedziały, ciągnąc ją na łóżko. Gdy Amy usiadła dziewczyny zasypały ją gradem pytań, a dziewczyna zaczęła nieśmiało odpowiadać.
- Jak mnie zawieźli to było tak dziwnie i bardzo się bałam… Cała sala była pusta. Wszystko było białe. Gdy przyjechali moi rodzice nie pozwolili im nawet wnieść kwiatów. Ja leżałam w niepewności, a nikt nie chciał mi nawet powiedzieć, co się dzieje. Wiecie na co jestem chora? – zapytała się Amy dziewcząt, które siedziały koło niej i słuchały jej relacji z pobytu w szpitalu.
- Dyrektor… Profesor Dumbledor powiedział, że to jest leukemia, ale nigdy o niej nie słyszałam… - gdy Dorcas wypowiedziała parę słów wyjaśnienia, Amy ponownie zbladła, a paskudne wspomnienia z dzieciństwa, o których starała się zapomnieć przez całe życie, powróciły ze zdwojoną mocą.
- Amy… Stało się coś? – zapytała z troską Lily.
- Dziewczyny… Zawołajcie Remusa i… Zostawcie nas samych – poprosiła dziewczyna, kryjąc twarz w dłoniach jakby miała się zaraz rozpłakać.
Lily i Dorcas szybko pobiegły do sypialni Huncwotów.
Gdy tylko otworzyły drzwi ujrzały widok, który nie zrobił na nich żadnego wrażenia. Wszędzie były porozrzucane brudne ubrania, jedzenie, pergaminy i książki.
Huncwoci natomiast zrobili sobie przejście, mały korytarzyk i środek pokoju oczyścili z ubrań. Siedzieli i grali w karty. Gdy dziewczęta weszły, chłopcy spojrzeli na nie jednak nie przerwali gry.
- Coś się stało? – zapytał nieuważnie Syriusz, sprawdzając, co stanie się jak stuknie się Petera w ramię i podejrzy się jego karty.
- Amy wróciła i chce cię widzieć Remusie – chłopak wstał zadowolony i po chwili go nie było.
- Nie widzę sensu grania, jeśli nie ma już jednego głównego gracza, od którego dobrze się ściąga, chyba, że… Chcecie zagrać? – powiedział James patrząc się na swoje koleżanki.
- James nie przesadzaj. Chodźcie lepiej do Pokoju Wspólnego. Peter idziesz?
- Nie dzięki… Prześpię się – powiedział zapytany przez Lily Glizdon.
- Nie to nie – fuknęła, a cała czwórka zeszła po schodach. W Pokoju Wspólnym było jeszcze całkiem dużo osób. Lily z niesmakiem stwierdziła, że widzi niemądre koleżanki, fanki Jamesa i Syriusza.
- Gdzie siadamy Liluniu? – zapytała Dorcas i ku jej przerażeniu zobaczyła, że Lily wskazuje fotele blisko dziewczyn, które na widok Jamesa i Syriusza dostawały niekontrolowanego chichotu.
- Jesteś pewna? – zapytał James, patrząc się z niesmakiem na Marie, przewodniczkę dziewczyn.
- Tak, James damy im nauczkę, że ani ciebie ani Syriusza już nie tkną – powiedział, a Syriusz z Dorcas uśmiechnęli się i kiwnęli głowami.
Gdy Marie zobaczyła, że w stronę jej i jej przyjaciółek zmierzają dwaj najbardziej pożądani chłopcy w szkole nagle się zarumieniła, zbladła, a w jej głowie odkształcił się plan działania.
Gdy tylko zbliżyli się do niej, dziewczyna krzyknęła „Hej!” a po chwili zauważyła, że nikt tego nie zauważył. Gdy Marie próbowała się przywitać i jakoś zagadać, Syriusz siadł na kanapę i przytulił się do Dorcas siedzącej koło niego. Gdy jedna z „Różowych” to zauważyła szybko szturchnęła Marie, która obrzuciła dziewczynę Syriusza nienawistnym spojrzeniem. James w tym czasie postanowił zrobić coś innego i bardziej „dopiec” koleżankom, które zmarnowały mu siedem lat. Usiadł na fotel i wziął lekko opierającą się temu pomysłowi Lily na kolana.
Wtedy w Marie jakby ogień wstąpił. Usiadła na fotel wprost sina ze złości i milczała już cały wieczór.
- Jak myślicie, co Amy powie Remusowi? Teraz jak siedzą razem w pokoju? – Syriusz rozważał wszystkie możliwości.
- Może z nim zerwie… Może powie mu, no wiecie, w cztery oczy, że jest chora… Może…
- Syriusz! Przestań! – krzyknęła Lily.
- Tak, przestań. Tylko nas straszysz. Amy nic nie będzie. Z nikim nie zerwie – powiedziała Dorcas bardziej do siebie niż do swoich przyjaciół.
Gdy zrobiło się bardzo późno, z sypialni dziewcząt wyszedł Remus. Był bardzo blady. Nie odezwał się ani słowem, przeszedł przez Pokój Wspólny, minął swoich przyjaciół i wszedł do sypialni chłopców zamykając bardzo cicho drzwi.
Jego przyjaciele i przyjaciółki spojrzeli na siebie zdziwieni. Dziewczyny poszły do Remusa, a część Huncwotów udała się na krótka pogawędkę z Amy.
***
Gdy tylko Lily i Dorcas weszły do sypialni chłopców z siódmego roku zobaczyły scenę godną współczucia. Remus stał koło okna tyłem do dziewcząt, a z jego oczu spływały najprawdziwsze łzy. Chłopak płakał. Wiadomość, jaką przekazała mu Amy była dla niego szokiem. Nie wierzył w nią, nie starał się uwierzyć, choć serce krzyczało, że to prawda. Lily domyślała się, co Amy mogła powiedzieć Remusowi skoro doprowadziła go do takiego stanu. Poczuła, że Amy zostało niewiele życia.
- Remus? Nic ci nie jest? - zapytała z troską Dorcas, a Lily podeszła do chłopaka i położyła mu dłoń na barku. Chłopak odkręcił się i spojrzała na nią nic niewidzącym wzrokiem. Ruda dziewczyna stojąca koło niego pogłaskała go po ramieniu.
- Wiecie co ona mi powiedziała? – powiedział w końcu, a dziewczyny pokiwały przecząco głową. Remus usiadł na łóżku Syriusza, stojącym najbliżej niego, i zaczął opowiadać.
- Ja już wiem co to jest leukemia! To białaczka! Rak krwi! Amy powiedziała, że jej babcia na to umarła, a matka była nosicielką! – krzyknął i zaszlochał. Dorcas spojrzała zaskoczona na Lily. Dziewczyna nie orientowała się co to jest rak, białaczka czy inne pojęcie medyczne mugoli. Lily i Remus niestety wiedzieli. Oboje uczyli się pilnie i dokładnie. Oboje chcieliby zostać magomedykami w przyszłości (choć Remus zastanawiał się nad karierą aurora), a do tego potrzebna jest znajomość również chorób nie tylko występujących w świecie czarodziei, ale również tych w świecie ludzi nie magicznych. Uzdrowiciel to ciężki zawód.
Lily spojrzała przerażona na Remusa.
- Remus… Nie, nie białaczka… Nie… Niech oni wszyscy żartują! - powiedziała, a po jej policzkach również zaczęły staczać się łzy. Dorcas nie wiedziała jak groźna jest ta choroba. Przykucnęła koło swoich przyjaciół i spojrzała na nich wyczekująco. Lily podniosła się i otarła policzki.
- Dorcas, białaczka jest nieuleczalna. Związana jest z krwią… No, nie łatwo to wytłumaczyć… Nikt jeszcze nie wynalazł na to sposobu, jak wyleczyć leukemię. A Amy… Czemu ona zachorowała? To nie jest chyba choroba dziedziczna? – Lily zwróciła się do Remusa. Ten wzruszył ramionami, a łzy nadal spływały po jego policzkach. Lily spojrzała na Remusa, a potem na Dorcas. Pokazała jej ręką, że pora wyjść.
- Dobranoc – powiedziały, bo nic innego nie przyszło im do głowy. Nie wiedziały jak go pocieszyć. Po prostu brakowało im słów.
***
Gdy tylko James i Syriusz doszli do sypialni dziewcząt tuż przy drzwiach zauważyli, że nie ma przy nich Petera.
- Ej! A gdzie Glizdon? – zapytał Jamesa oglądając się. Syriusz spojrzał na schody, lecz nikogo tam nie było.
- Pewnie polazł do kuchni. Daj sobie z nim spokój – powiedział i zapukał. Odpowiedziała mu cisza. Chłopak załomotał w drzwi jednak nikt się po drugiej stronie nie odezwał, jakby nikogo w pomieszczeniu nie było. Syriusz spojrzał zdziwiony i lekko przestraszony na Jamesa. Oboje mieli nie za wesołe miny.
- Amy!! Otwieraj! – krzyknął i nacisnął klamkę od drzwi. Otworzył je i wszedł do pomieszczenia, a James wpakował się za nim. Chłopcy rozejrzeli się po sypialni, szukając wzrokiem koleżanki.
22.IRONIA KSIĘŻYCA
James i Syriusz zauważyli Amy siedzącą przy łóżku, opartą o nie, z podkulonymi nogami, aż pod samą brodę i przeraźliwie smutnymi oczami.
- Amy… Eee… Cześć Amy… - jąkał się Syriusz. James spojrzał na niego z litością i zwrócił się do dziewczyny.
- Remus jest w strasznym stanie. Co mu powiedziałaś? – dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na niego ciemnymi oczami. Jej czarne włosy były w nieładzie, a na policzkach widniały ślady łez. Teraz dziewczyna znów zaczęła płakać. Syriusz i James spojrzeli na siebie przerażeni i przykucnęli.
- Chłopaki… Ja nie chcę umrzeć – powiedziała tylko i bardzo szybko zbladła.
- Źle się czujesz? Może iść po którąś z dziewczyn? Syriusz, a może pobiegnij po szkolną pielęgniarkę? – Amy złapała chłopaka za rękę.
- Nie idźcie nigdzie. Ja się boje… Zostać sama. Ja się boję zasnąć… Że rano się nie obudzę… - powiedziała, a z jej oczu toczyły się łzy. Chłopcy spojrzeli na siebie. Żadny z nich nie wiedział co powiedzieć. Usiedli i zaczęli czekać na resztę przyjaciół albo chociaż na dziewczyny, które będą razem z Amy tej nocy.
- Remus na pewno nie zdoła z nią zostać dzisiejszej nocy! – szepnął Syriusz, a James kiwnął głową i poklepał Amy po ramieniu. Dziewczyna otarła łzy i próbowała się uśmiechnąć, jednak nie bardzo jej to wyszło.
Po jakiś dziesięciu minutach do sypialni weszły cicho dziewczyny, jednak bez Remusa. Amy siedziała podkulona i zgarbiona, a chłopcy mieli takie miny, jakby chcieli być wszędzie tylko nie z nią. Nie mieli pojęcia jak ją pocieszyć.
-Wy nadajecie się do tego lepiej – szepnął Syriusz, a potem głośno razem z Jamesem powiedział dobranoc i wyszedł z przyjacielem na korytarz. Stamtąd puścili się biegiem najciszej jak umieli. Musieli poważnie porozmawiać z Remusem.
Lily i Dorcas natomiast zaczęły przekonywać Amy, aby położyła się do łóżka.
- Prześpisz się – powiedziała głaszcząc ją po włosach. Amy kiwnęła głową, a z jej oczu spływały strumienie łez.
- Amy, proszę, chodź spać! Tylko się zamęczasz płaczem i bezczynnym siedzeniem – Dorcas złapała ją za ramię.
- No proszę… - powiedział Lily, patrząc jak Amy wstaje i powoli zdejmuje szatę i swoje ubranie. Gdy zdejmowała koszulkę, Lily i Dorcas siedzące na łóżku przyglądały się z przerażeniem ciału dziewczyny. Jej skóra miała żółtawy odcień, była jak zsiadłe mleko z żółtym serem. Dziewczyny spojrzały na siebie, a na ich twarzach malował się lęk. Amy założyła koszulę.
- Już – powiedziała, a dziewczyny ocknęły się z zamyślenie i każda z dziewcząt położyła się do swojego łóżka.
- Dobranoc – powiedziała do siebie i część dziewcząt udała się do krainy snów.
Dorcas niespokojna, a Amy dziwnie spokojna i szczęśliwa. Ta ostatnia czuła, że w Hogwarcie dopiero zaznała, czym tak naprawdę jest przyjaźń i miłość.
Po półgodzinnym bezczynnym leżeniu, Lily stwierdziła, że nie może zasnąć. Zsunęła się cicho z łóżka, aby nie budzić przyjaciółek, a w szczególności Amy, która wreszcie usnęła.
Gdy wbiegła do Pokoju Wspólnego zobaczyła siedzącego w nim Syriusza i Jamesa.
- Nie mogę spać – powiedziała krótko, a chłopcy spojrzeli na nią ze zrozumieniem.
- Martwię się o Remusa. Nie wiem jak on przeżyje… No, wiecie… Gdyby Amy nie udało się przeżyć, Lunatykowi pękłoby chyba serce – Syriusz mówił zdania tak cicho, że Lily pochyliła się lekko.
- Idź do niego. Pociesz, porozmawiaj, a ja posiedzę trochę z Lily – zaproponował James. Gdy tylko Syriusz odszedł, James rozejrzał się po Pokoju Wspólnym, a gdy zobaczył, że nikogo nie ma, okręcił się i powiedział do Lily:
- Przez to całą chorobą naszej biednej Amy nie miałem czasu nawet się do ciebie przytulić – powiedział z pretensją w głosie i ułożył głowę na kolanach swojej dziewczyny, która siedziała na kanapie przed kominkiem.
- Bardzo mi szkoda Remusa… - powiedział po chwili, patrząc w ogień. Lily nachyliła się nad nim i szepnęła cicho, chuchając mu w ucho:
- Mnie też. Czuję, że zbliża się jakieś zagrożenie, jakieś nieszczęście. Nie jestem pewna czy to, aby nie choroba Amy, czy coś innego – powiedziała tuląc się do jego głowy i spuszczając smutnie oczy.
***
To była piękna i duża łąka. Lily kroczyła niepewnie za dużym jeleniem, od którego biło jasne światło. Gdy tylko zbliżała się do niego za bardzo, zwierzę przyśpieszało kroku. Gdy dziewczyna chciała się zatrzymać zwierzę odkręcało łeb i spoglądało na nią tak, jakby miało ją zaatakować, jednak w jego oczach był wyraz paniki. Lily zaczęła biec za zwierzęciem, który nagle ruszyło niespokojnie, szybko przed siebie. Gdy nagle jeleń zatrzymał się, Lily nic się nie spodziewając wpadła na nie, a po chwili rozległ się głośny krzyk. Dziewczyna zacisnęła dłoń i otworzyła oczy. Zegarek wskazywał dziesięć minut po siódmej.
- Amy, nie! – Lily poderwała się z łóżka, nie wiedząc czy jeszcze śni, czy już powróciła do świata jawy. Nad łóżkiem Amy stała Dorcas, zalewając się łzami i szarpiąc bezwładnie leżące ręce koleżanki.
- Amy wstań… Amy… Amy, proszę obudź się! – krzyczała, szarpiąc jej rękę. Lily poderwała się z łóżka i podbiegła do Dorcas. Spojrzała na Amy, której ciało było blade i zimne.
- Otwórz oczy, proszę Amy… - powiedziała Lily, a po jej policzkach zaczęły staczać się łzy. Czuła, że nic nie da się zrobić. Dziewczyna już nigdy nie otworzy oczu. Nie żyła. Ich przyjaciółka nie żyła. Dorcas złapała Lily, która nagle dopadła ciała koleżanki.
- Lily… Powiedz… Powiedz, że ona żyje… I że nic się jej nie stało – powiedziała Dorcas, przełykając łzy. Dziewczyna pochyliła się i złapała ją za nadgarstek, szukając pulsu. Dłoń Amy była zimna i tak jak reszta ciała, blada. Lily nie wyczuła jednak pulsu.
- Nie… Ona nie może nie żyć. Nie wolno jej! W jakiej sytuacji zostawiłaś Remusa! – krzyknęła Dorcas w stronę Amy. Oczy dziewczyny leżącej na łóżku były zamknięte, usta niebieskofioletowe, cera białożółta, a dłonie zimne. Jednak jej twarz miała wyraz ulgi i swoistego szczęścia.
- Dorcas… Chodź… Pójdziemy po kogoś…
- Odwal się… Nie zostawię jej tu samej…
- NIE DA SIĘ NIC ZROBIĆ! TRZEBA POWIEDZIEĆ REMUSOWI! RUSZ SIĘ! – wrzasnęła Lily i wyciągnęła Dorcas z pokoju pozostawiając Amy, leżącą bez ruchu.
Gdy Ruda wypchnęła koleżankę do Pokoju Wspólnego wpadły na Jamesa kręcącego się koło tablicy ogłoszeń.
- James… Amy nie żyje – powiedziała tylko i popchnęła Dorcas na fotel. – Pilnuj jej! Ja idę do McGonagall – powiedziała i minęła przyjaciół, a po chwili i Syriusza, który wyszedł ze swojej sypialni. Syriusz spojrzał na nią zaskoczony i postanowił, że dziś dzień przesiedzi jednak w pokoju. Cofnął się i wszedł z powrotem do miejsca, zwanego sypialnią Huncwotów.
***
- Panie, to już… Ta głupia nie żyje – obrzydliwy szept poniósł się echem po pokoju.
- Znakomicie Glizdonie. Tak, o jednego wroga mniej. Ta mała mogłaby mi bardzo pokrzyżować plany w dotarciu to Pottera, tak do Pottera, – powiedział Voldemort patrząc na zdziwionego Petera – bo Potter jest czystej krwi. Część jego rodziny już nie żyje. Mówiłem ci już Glizdonie, Prewettowie też zginą. Weasleyowie, Longbottonowie i inni, którzy zadają się z tymi charłakami i szumowinami. Zdrajcy krwi! Meadsow też długo nie pożyje.… - powiedział piskliwym głosem i zaśmiał się. Peterowi włosy zjeżyły się na głowie ze strachu i przerażenia.
- Co Glizdonie? Strach widzę w twoich oczach! Nie wielu ludzi nie kończąc Hogwartu zgadza się na służbę u mnie… Odejdź, nie mam ochoty oglądać twojej twarzy – powiedział, a Nagini zasyczała cicho u jego stóp. Pettigrew odszedł, a Voldemort przemówił do swojej towarzyszki:
- Nagini, przecież on długo nie przeżyje. Nie da rady zabić Pottera ani tej jego szlamy, a za to czeka go kara – zaśmiała się piskliwie, a Nagini zaczęła wić się u jego stóp.
***
Lily pędziła korytarzem, potykając się co chwilę. Zadyszana dobiegła do gabinetu McGonagall, nie pukając, lecz wpadając do niego i zastając rozjuszoną profesorkę w koszuli nocnej.
- Evans do cholery!… Znaczy Evans proszę wyjść za drzwi! Jak ty się zachowujesz!? – McGonagall siepała językiem, ale Lily nie przejęła się tym.
- Proszę panią profesor… Znalazłyśmy dziś rano Amy w łóżku. Była martwa - wychrypiała i znów poczuła chęć wybuchnięcia płaczem.
- Co!? Evans, Evans co ty pleciesz?
- Pani profesor! Niech pani coś zrobi – Lily złapała ją za dłoń i wyciągnęła profesorkę w koszuli nocnej na korytarz.
- Evans zachowuj się. Idź do Pokoju Wspólnego Gryffindoru i czekaj tam na mnie. Ja się tylko ubiorę i przyjdę – powiedziała, a dłoń jej lekko zadrżała przy trzymaniu drzwi, gdy wchodziła do gabinetu. Lily tylko kiwnęła głową i oddaliła się nerwowo.
***
- Gdzie jest Lunatyk? – takie pytanie wyrwało się Jamesowi, który wszedł do sypialni Huncwotów ramię w ramię z Dorcas. – Niegdzie nie mogę go znaleźć, a Lily czeka na niego w Pokoju Wspólnym.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie odzywaj się do mnie – Syriusz leżał na łóżku i różdżką strzepywał kurz z sufitu. James usiadł koło niego i wypalił:
- Co się dzieje stary? Wiesz, że Amy…
- Nie wspominaj mi o niej – Black wydawał się być coraz bardziej zły.
- Co się dzieje? Syriusz, powiesz mi czy nie – Rogacz wyciągnął różdżkę i mruknął cicho zaklęcie, a w Łapę trafił strumień wody.
- Odwal się! – wrzasnął Syriusz i poderwał się z łóżka. Zamachnął się na Jamesa, który szybko odskoczył.
- Co się z tobą dziś dzieje?
- Amy była śmierciożerczynią! – wrzasnął i rzucił się na Jamesa z pięściami. Wśród chłopców rozgorzała walka, choć James próbował się tylko bronić, a Syriusz postanowił atakować. Dorcas stała koło drzwi i patrzyła oniemiała, myśląc: „A co to za bzdury?”
- Uspokój się idioto!
- Potter nie odzywaj się do mnie! – wrzasnął Syriusz i wybiegł z sypialni nie zwracając uwagi na Dorcas.
- James… Spokojnie. Już poszedł… Kłamca przebrzydły – powiedziała cicho Dorcas. James okręcił się i spojrzał na nią wyczekująco.
- Łapa mnie nigdy nie okłamał… Jak już to tylko żartował, ale… Ja, a on… - westchnął cicho i położył się na łóżku. Dorcas spojrzała na niego wyczekująco, jednak po dłuższej chwili wyszła, gdyż James nawet słowem się nie odezwał.
23.OWCZE FUTRO
Remus siedział nad jeziorem i rzucał kamieniami w wodę. Już wieczorem poprzedniego dnia, Amy powiedziała mu, że ma jak najgorsze przeczucia. Już wtedy bała się, że umrze.
Remus nie miał ochoty widzieć współczujący twarzy swoich przyjaciół. Nie cierpiał litości. Wolał być sam, wolał sam cierpieć, nie chciał obarczać swoim ciężarem innych ludzi.
Szkoda mu było Amy, ale czuł, że powoli staje się egoistą, bo bardziej było mu żal siebie samego.
„Tyle się nacierpiałem! Już jako małe dziecko musiałem znosić bolesne przemiany… A teraz Amy umarła… Tak, grunt to się włamać do damskiej sypialni od czwartej nad ranem, gdy wszystkie dziewczyny jeszcze śpią! Tak, zobaczyć ją martwą… Taką spokojną ” myślał. Wstał, bo robiło mu się już zimno, a był wyjątkowo głody, więc ruszył do Wielkiej Sali.
„Grunt to nie myśleć o niej, nie mogę się załamać…” postawił sobie dewizę i odszedł w stronę szkoły.
***
- Przepraszam, stary… Nie wiem co mnie napadło – Syriusz poklepał Jamesa po ramieniu w ich dormitorium.
- Nic się wielkiego nie stało. Syriusz o co ci chodziło? To chyba kłamstwo i łgarstwo to co wtedy powiedziałeś… - James zmierzwił sobie włosy i spojrzał na kolegę.
- Wiesz… Podsłuchałem rozmowę rodziców, a i tak usłyszałem jej nazwisko. Może to nie o nią chodziło, ale to była pierwsza głupia myśl…
- Nie, to niemożliwe.
- Faktycznie, jestem głupi, głupi… Rozmawiałem z dziewczynami. Mają przewieźć Amy do domu.
- Chodź Łapa, pogadamy z Remusem – i tym sposobem zeszli do Wielkiej Sali, gdyż jak słusznie sądzili, tam był Lunatyk.
Rozmowa jaką odbyli była jedną z trudniejszych jaką musieli przeprowadzić w swoim życiu. Remus był w szoku, jednak chłopcy zauważyli, że przyjął śmierć swojej dziewczyny dość obojętnie. Nie wiedzieli jak trudno będzie mu w przyszłości kiedykolwiek pokochać. Nie mieli pojęcia, że jego następną towarzyszką życie będzie niejaka Nimfadora Tonks… Lecz to miało odbyć się za ponad dwadzieścia lat. Teraz serce Lunatyka skuł lód i obojętność. James i Syriusz to rozumieli – byli w końcu przyjaciółmi na śmieć i życie. Postanowili już nic o Amy nie wspominać. Czas leczy rany. Jak oni to dobrze znali!
***
- Gdzie jest Lily i James? Coś dawno ich nie widziałam – Dorcas siedziała na fotelu przed kominkiem i grała z Lunatykiem w szachy. Minął blisko miesiąc od śmierci Amy.
Syriusz zaśmiał się.
- James zamknął Lily w naszej sypialni. Ją i siebie przy okazji.
- Co ty…? Biedna Lily!
- Biedna? – Syriusz wyglądał jakby miał coś na końcu języka. Powstrzymał się jednak od wypowiedzenia paru słów w obawie, że Dorcas uderzy go kapciem po głowie.
- Syriusz, nie patrz tak na mnie! Ja na razie nie chce i nie mogę. A gdzie nasz Glizdon?
- Dorcas, to dobre pytanie. Dawno go nie widziałem. Pewnie gdzieś się plącze – Remus oderwał wzrok od planszy i podrapał się po nosie. Wyjrzał przez okno, zobaczył padający śnieg. Przez jego twarz przebiegł ledwie dostrzegalny cień. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia.
- Grajmy – powiedziała po chwili Dorcas.
***
Czerwone oczy zalśniły od gniewu. Voldemort podniósł się z fotela i wyciągnął władczo prawą dłoń.
- Zniszcz ich! – wyszeptał, a Peterowi dreszcz przeszedł po plecach.
- Panie, panie… Nie potrafię – załkał Glizdon.
- Boisz się. Z twojej twarzy zionie strachem.
Crucio! - Czarny Pan usiadł w fotelu, a Glizdon podniósł się z podłogi cały dygocząc.
- Zabiłbym cię, ale po co marnować mój czas na coś takiego. Masz ich zabić. Potterowie to najszlachetniejsza rodzina czarodziejów. Został tylko ten jeden, James, zdrajca krwi… Zadający się ze szlamą. Masz ich zniszczyć! – huknęło, a Peter wypadł z pomieszczenia. Obejrzał się ze strachem. Voldemort pochylał się ku Nagini. Glizdon drgnął ze strachu i teleportował się do Hogsmeade. Bał się wypełnić misję swojego pana. Zbliżały się święta, nie chciał ich niszczyć dla przyjaciół.
***
- James! Złaź ze mnie! Jeleniu jeden! – Lily zachichotała i próbowała zepchnął Jamesa z łóżka.
- Ani mi się śni! Za oknem śnieg, a ty jesteś jak piec kaflowy.
- Sam za chwilę dostaniesz kaflem! Złaź! – James pocałował ją czule i zszedł z łóżka. Gdy tylko jego stopy dotknęły podłogi, krzyknął i wskoczył z powrotem na swoje łóżko, gdzie leżała Lily.
- Zimno! – powiedział tylko i przytulił się do Lily, obejmując ją w tali i kładąc głowę na jej klatkę piersiową.
- Gnieciesz mnie!
- A mogę jeszcze ci pognieść? – James podniósł głowę i spojrzał na Lily inaczej. Z pożądaniem.
- James, zejdź… - Lily próbowała oswobodzić się z uścisku. Niewiele jej to dało, gdyż James obejmował ją czule, lecz stanowczo.
- Lily są święta…
- Święta są za trzy dni. Jutro wyjeżdżamy, a ty się nie spakowałeś.
- Przecież mogę nosić twoja bieliznę…
- James! Jesteś niemożliwy – zaśmiała się Lily i ostatecznie przytuliła się do Jamesa.
- Wystarczy. Złaź!
- Evans, bo jak cię…
- Ja ci dam Evans! – Lily zerwała się z łóżka, zwalając Jamesa na lodowatą podłogę. Wybiegła z pokoju, by po chwili powrócić ze śnieżką w prawej dłoni. Gryfon siedzący na podłodze usłyszał tylko świst.
- LILY!! – wrzasnął cały mokry, gdyż śnieżka szybko roztopiła się na jego twarzy.
- Co jeleniu?
- Zginiesz śmiercią tragiczną – powiedział i złapał ją, przyciskając do ściany.
- Ty chyba dziś chcesz mnie naprawdę udusić! – James puścił Lily i odsunął się od niej na parę metrów. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona. Po chwili znalazła się na jego rękach.
- Gdzie leziesz owcze futro?
- Lily, bądź miła. Do Pokoju Wspólnego lezę. Z tobą jakbyś się nie zorientowała – Lily objęła Jamesa za szyję i pocałowała go w sam czubek nosa. Gryfon postawił ją na ziemi i próbował objąć, gdyż chciał jeszcze raz, żeby go pocałowała, jednak już nie w nos. Lily jednak, gdy poczuła grunt pod stopami, szybko uciekła do swojego dormitorium. James z głupim uśmiechem pobiegł za nią.
24.A BYŁO TAK...
Lily ponownie przekonała się, jak dobrze śnieg topi się na Jamesie - u siebie w domu. Zaprosiła go na święta Bożego Narodzenia. James przyjął tą wiadomość z udawanym stoickim spokojem a później razem z Syriuszem skakał po dormitorium z radości. Lily oczywiście o tym nie wiedziała i zadręczała się, że James nie chce spędzić u niej świąt. Lecz gdy podczas odjazdu pociągu do domu zobaczyła, że chłopak stoi półtorej godziny na peronie w Hogsmeade czekając na nią i na pociąg, porzuciła wszelkie bzdurne przekonania.
Wyjechali. Gryfon już się cieszył, że będzie mógł nabijać się z Petuni.
***
Minęło jak sen. Cudowny, biały, jasny sen.
Remus obiecał sobie, że nie będzie tęsknił za Amy, że nie będzie rozpaczał, że wypełni tą pustkę nauką… Zrobił to. Gdy minęły święta Bożego Narodzenia z zapałem powrócił do książek i nauki. W ten czas Lily i James bacznie mu się przyglądali. Wiedzieli, że święta to znakomity okres, aby wracać do wspomnień, do ukochanych osób. Nie mogli zauważyć w Remusie żalu po stracie Amy, bo po prostu się go pozbył.
Święta minęły bardzo szybko, okres wiosny jeszcze szybciej. Siódmoklasiści przygotowywali się do zdawania OWTMów. Lily panikowała, bo był początek czerwca a ona była dopiero w połowie powtarzania materiałów do egzaminu. Paczka Huncwotów śmiała się z niej, mimo że i nerwy im się udzielały. Wszyscy z zapałem siedzieli nad książkami. Zostało im tylko dwa tygodnie w Hogwarcie.
***
W przed ostatni poniedziałek ich roku szkolnego, Lily miała już tak dość książek i nauki, że postanowiła zrobić sobie godzinną przerwę. Jednak leżąc na łóżku w swoim dormitorium nie bardzo wiedziała co ma ze sobą zrobić. Nie chciała przeszkadzać Jamesowi w nauce, wiec do niego nie poszła. Pochyliła się nad kolumną łóżka i wyryła swoje inicjały na wolnej powierzchni oraz rok. Nie wiele jej to pomogło, więc po chwili zeszła do Pokoju Wspólnego.
- James! – szepnęła mu do ucha, a ten tylko mruknął.
- Nudzi mi się.
- Poucz się. Wiem, że niewątpliwe umiesz już wszystko, ale możesz jeszcze sobie powtórzyć parę rzeczy.
- Nie chce mi się. Pożyczysz mi mapy? Wybiorę się na spacer.
- Przecież jest środek dnia! Możesz iść bez niej.
- James, kotku, będę omijać Ślizgonów – James westchnął i nachylił się po pergamin do torby.
- Uważaj na siebie – pożegnał się z nią i powrócił do nauki.
***
Lily raźnym krokiem spacerowała po niezliczonych korytarzach swojej szkoły. W głębi ducha czuła, że to jej ostatni spacer, co przepełniało ją smutkiem. Wpatrywała się czujnie w mapę, unikając zatłoczonych korytarzy.
Na mapie patrzyła tylko przed siebie, więc nie zauważyła, że idzie za nią Filch, szkolny woźny. Gdy tylko zauważyła na mapie, przed sobą pokaźną grupę Ślizgonów, zaniepokojona okręciła się i chciała wrócić. Wpadła na Flitcha z łoskotem, a mapa wyleciała jej z ręki.
- Jak chodzisz? Okularów nie nosi, a potem wychodzi, ludzi nie widzi!
- Koniec psot – krzyknęła rozpaczliwe, zmazują mapę.
- Psot, psot? – pochwycił, a to słowo działo na Flitcha jak czerwona płachta na byka. Rozeźlony podniósł mapę, a potem spojrzał na przerażoną Lily. - Ty się zadajesz z tymi chuliganami! Z Blackiem i Potterem! Konfiskuje to! –krzyknął i zamachał Gryfonce mapą przed nosem. Jego słowa wciąż dźwięczały w jej uszach. „James mnie zamorduje” myślała rozpaczliwie, po czym uciekła.
***
Oberwało się Evans za mapę, oj dostało się dziewczynie co nie miara! Gdy Syriusz skończył na nią krzyczeć, to powietrza nabierał w płuca Remus, kolejno z Jamesem i Peterem na zmianę. I tak przez bite dwie godziny. Wtedy zdarzały się chwilę kiedy Lily miała ich już serdecznie dość.
Jednak nadszedł ten wyczekiwany czas – czas zdawania OWTMów. Zdali.
Wtedy musieli zrobić coś strasznego, coś co czekało na nich od siedmiu lat… Musieli opuścić szkołę. Pożegnać się z nią na zawsze. Nie obyło się bez łez. Niestety.
EPILOG
Głupia szkolna miłość, doprowadziła do ślubu i podprowadziła ich niczym bóg Ozyrys do śmierci. Kochali się bardzo, dali światu dziecko, dali mu siebie.
Lily Evans została zamordowana. Zdradził ich ten który był ich przyjacielem – ten któremu zaufali.
Ufali mu – on ich zdradził. Zginęli. Żyli razem, umarli razem, zostawili syna, który musiał dokończyć coś czego im się nie udało nigdy skończyć – unicestwić zło.
Lily i James pozostali w pamięci dobrych ludzi.
Mam nadzieje, że to opowiadanie, które przybrało formę mini powieści da wam do myślenia, jak niewiele potrzeba aby kochać i jak delikatna jest granica dzieląca dobro od zła…
...i w oddali słyszę kroki,
rozebrzmiały w pewien dzień.
Ktoś mnie szukał, ktoś mnie gonił,
choc nie widzę - dobrze wiem.
...i w oddali słyszę słowa,
rozbrzmiewały tylko tam.
Ktoś mnie szukał, ktoś mnie wołał,
choc nie słyszę - dobrze znam.
...i w oddali widzę ciebie,
idziesz do mnie, wołasz mnie.
Tak jak wtedy przy mnie byłeś
proszę...zostań w moim śnie...
komentarze [1]
22.IRONIA KSIĘŻYCA.
James i Syriusz zauważyli Amy siedzącą przy łóżku, opartą o nie, z podkulonymi nogami, aż pod samą brodę i przeraźliwie smutnymi oczami.
- Amy… Eee… Cześć Amy… - jąkał się Syriusz. James spojrzał na niego z litością i zwrócił się do dziewczyny.
- Remus jest w strasznym stanie. Co mu powiedziałaś? – dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na niego ciemnymi oczami. Jej czarne włosy były w nieładzie, a na policzkach widniały ślady łez. Teraz dziewczyna znów zaczęła płakać. Syriusz i James spojrzeli na siebie przerażeni i przykucnęli.
- Chłopaki… Ja nie chcę umrzeć – powiedziała tylko i bardzo szybko zbladła.
- Źle się czujesz? Może iść po którąś z dziewczyn? Syriusz, a może pobiegnij po szkolną pielęgniarkę? – Amy złapała chłopaka za rękę.
- Nie idźcie nigdzie. Ja się boje… Zostać sama. Ja się boję zasnąć… Że rano się nie obudzę… - powiedziała, a z jej oczu toczyły się łzy. Chłopcy spojrzeli na siebie. Żadny z nich nie wiedział co powiedzieć. Usiedli i zaczęli czekać na resztę przyjaciół albo chociaż na dziewczyny, które będą razem z Amy tej nocy.
- Remus na pewno nie zdoła z nią zostać dzisiejszej nocy! – szepnął Syriusz, a James kiwnął głową i poklepał Amy po ramieniu. Dziewczyna otarła łzy i próbowała się uśmiechnąć, jednak nie bardzo jej to wyszło.
Po jakiś dziesięciu minutach do sypialni weszły cicho dziewczyny, jednak bez Remusa. Amy siedziała podkulona i zgarbiona, a chłopcy mieli takie miny, jakby chcieli być wszędzie tylko nie z nią. Nie mieli pojęcia jak ją pocieszyć.
-Wy nadajecie się do tego lepiej – szepnął Syriusz, a potem głośno razem z Jamesem powiedział dobranoc i wyszedł z przyjacielem na korytarz. Stamtąd puścili się biegiem najciszej jak umieli. Musieli poważnie porozmawiać z Remusem.
Lily i Dorcas natomiast zaczęły przekonywać Amy, aby położyła się do łóżka.
- Prześpisz się – powiedziała głaszcząc ją po włosach. Amy kiwnęła głową, a z jej oczu spływały strumienie łez.
- Amy, proszę, chodź spać! Tylko się zamęczasz płaczem i bezczynnym siedzeniem – Dorcas złapała ją za ramię.
- No proszę… - powiedział Lily, patrząc jak Amy wstaje i powoli zdejmuje szatę i swoje ubranie. Gdy zdejmowała koszulkę, Lily i Dorcas siedzące na łóżku przyglądały się z przerażeniem ciału dziewczyny. Jej skóra miała żółtawy odcień, była jak zsiadłe mleko z żółtym serem. Dziewczyny spojrzały na siebie, a na ich twarzach malował się lęk. Amy założyła koszulę.
- Już – powiedziała, a dziewczyny ocknęły się z zamyślenie i każda z dziewcząt położyła się do swojego łóżka.
- Dobranoc – powiedziała do siebie i część dziewcząt udała się do krainy snów.
Dorcas niespokojna, a Amy dziwnie spokojna i szczęśliwa. Ta ostatnia czuła, że w Hogwarcie dopiero zaznała, czym tak naprawdę jest przyjaźń i miłość.
Po półgodzinnym bezczynnym leżeniu, Lily stwierdziła, że nie może zasnąć. Zsunęła się cicho z łóżka, aby nie budzić przyjaciółek, a w szczególności Amy, która wreszcie usnęła.
Gdy wbiegła do Pokoju Wspólnego zobaczyła siedzącego w nim Syriusza i Jamesa.
- Nie mogę spać – powiedziała krótko, a chłopcy spojrzeli na nią ze zrozumieniem.
- Martwię się o Remusa. Nie wiem jak on przeżyje… No, wiecie… Gdyby Amy nie udało się przeżyć, Lunatykowi pękłoby chyba serce – Syriusz mówił zdania tak cicho, że Lily pochyliła się lekko.
- Idź do niego. Pociesz, porozmawiaj, a ja posiedzę trochę z Lily – zaproponował James. Gdy tylko Syriusz odszedł, James rozejrzał się po Pokoju Wspólnym, a gdy zobaczył, że nikogo nie ma, okręcił się i powiedział do Lily:
- Przez to całą chorobą naszej biednej Amy nie miałem czasu nawet się do ciebie przytulić – powiedział z pretensją w głosie i ułożył głowę na kolanach swojej dziewczyny, która siedziała na kanapie przed kominkiem.
- Bardzo mi szkoda Remusa… - powiedział po chwili, patrząc w ogień. Lily nachyliła się nad nim i szepnęła cicho, chuchając mu w ucho:
- Mnie też. Czuję, że zbliża się jakieś zagrożenie, jakieś nieszczęście. Nie jestem pewna czy to, aby nie choroba Amy, czy coś innego – powiedziała tuląc się do jego głowy i spuszczając smutnie oczy.
***
To była piękna i duża łąka. Lily kroczyła niepewnie za dużym jeleniem, od którego biło jasne światło. Gdy tylko zbliżała się do niego za bardzo, zwierzę przyśpieszało kroku. Gdy dziewczyna chciała się zatrzymać zwierzę odkręcało łeb i spoglądało na nią tak, jakby miało ją zaatakować, jednak w jego oczach był wyraz paniki. Lily zaczęła biec za zwierzęciem, który nagle ruszyło niespokojnie, szybko przed siebie. Gdy nagle jeleń zatrzymał się, Lily nic się nie spodziewając wpadła na nie, a po chwili rozległ się głośny krzyk. Dziewczyna zacisnęła dłoń i otworzyła oczy. Zegarek wskazywał dziesięć minut po siódmej.
- Amy, nie! – Lily poderwała się z łóżka, nie wiedząc czy jeszcze śni, czy już powróciła do świata jawy. Nad łóżkiem Amy stała Dorcas, zalewając się łzami i szarpiąc bezwładnie leżące ręce koleżanki.
- Amy wstań… Amy… Amy, proszę obudź się! – krzyczała, szarpiąc jej rękę. Lily poderwała się z łóżka i podbiegła do Dorcas. Spojrzała na Amy, której ciało było blade i zimne.
- Otwórz oczy, proszę Amy… - powiedziała Lily, a po jej policzkach zaczęły staczać się łzy. Czuła, że nic nie da się zrobić. Dziewczyna już nigdy nie otworzy oczu. Nie żyła. Ich przyjaciółka nie żyła. Dorcas złapała Lily, która nagle dopadła ciała koleżanki.
- Lily… Powiedz… Powiedz, że ona żyje… I że nic się jej nie stało – powiedziała Dorcas, przełykając łzy. Dziewczyna pochyliła się i złapała ją za nadgarstek, szukając pulsu. Dłoń Amy była zimna i tak jak reszta ciała, blada. Lily nie wyczuła jednak pulsu.
- Nie… Ona nie może nie żyć. Nie wolno jej! W jakiej sytuacji zostawiłaś Remusa! – krzyknęła Dorcas w stronę Amy. Oczy dziewczyny leżącej na łóżku były zamknięte, usta niebieskofioletowe, cera białożółta, a dłonie zimne. Jednak jej twarz miała wyraz ulgi i swoistego szczęścia.
- Dorcas… Chodź… Pójdziemy po kogoś…
- Odwal się… Nie zostawię jej tu samej…
- NIE DA SIĘ NIC ZROBIĆ! TRZEBA POWIEDZIEĆ REMUSOWI! RUSZ SIĘ! – wrzasnęła Lily i wyciągnęła Dorcas z pokoju pozostawiając Amy, leżącą bez ruchu.
Gdy Ruda wypchnęła koleżankę do Pokoju Wspólnego wpadły na Jamesa kręcącego się koło tablicy ogłoszeń.
- James… Amy nie żyje – powiedziała tylko i popchnęła Dorcas na fotel. – Pilnuj jej! Ja idę do McGonagall – powiedziała i minęła przyjaciół, a po chwili i Syriusza, który wyszedł ze swojej sypialni. Syriusz spojrzał na nią zaskoczony i postanowił, że dziś dzień przesiedzi jednak w pokoju. Cofnął się i wszedł z powrotem do miejsca, zwanego sypialnią Huncwotów.
***
- Panie, to już… Ta głupia nie żyje – obrzydliwy szept poniósł się echem po pokoju.
- Znakomicie Glizdonie. Tak, o jednego wroga mniej. Ta mała mogłaby mi bardzo pokrzyżować plany w dotarciu to Pottera, tak do Pottera, – powiedział Voldemort patrząc na zdziwionego Petera – bo Potter jest czystej krwi. Część jego rodziny już nie żyje. Mówiłem ci już Glizdonie, Prewettowie też zginą. Weasleyowie, Longbottonowie i inni, którzy zadają się z tymi charłakami i szumowinami. Zdrajcy krwi! Meadsow też długo nie pożyje.… - powiedział piskliwym głosem i zaśmiał się. Peterowi włosy zjeżyły się na głowie ze strachu i przerażenia.
- Co Glizdonie? Strach widzę w twoich oczach! Nie wielu ludzi nie kończąc Hogwartu zgadza się na służbę u mnie… Odejdź, nie mam ochoty oglądać twojej twarzy – powiedział, a Nagini zasyczała cicho u jego stóp. Pettigrew odszedł, a Voldemort przemówił do swojej towarzyszki:
- Nagini, przecież on długo nie przeżyje. Nie da rady zabić Pottera ani tej jego szlamy, a za to czeka go kara – zaśmiała się piskliwie, a Nagini zaczęła wić się u jego stóp.
***
Lily pędziła korytarzem, potykając się co chwilę. Zadyszana dobiegła do gabinetu McGonagall, nie pukając, lecz wpadając do niego i zastając rozjuszoną profesorkę w koszuli nocnej.
- Evans do cholery!… Znaczy Evans proszę wyjść za drzwi! Jak ty się zachowujesz!? – McGonagall siepała językiem, ale Lily nie przejęła się tym.
- Proszę panią profesor… Znalazłyśmy dziś rano Amy w łóżku. Była martwa - wychrypiała i znów poczuła chęć wybuchnięcia płaczem.
- Co!? Evans, Evans co ty pleciesz?
- Pani profesor! Niech pani coś zrobi – Lily złapała ją za dłoń i wyciągnęła profesorkę w koszuli nocnej na korytarz.
- Evans zachowuj się. Idź do Pokoju Wspólnego Gryffindoru i czekaj tam na mnie. Ja się tylko ubiorę i przyjdę – powiedziała, a dłoń jej lekko zadrżała przy trzymaniu drzwi, gdy wchodziła do gabinetu. Lily tylko kiwnęła głową i oddaliła się nerwowo.
***
- Gdzie jest Lunatyk? – takie pytanie wyrwało się Jamesowi, który wszedł do sypialni Huncwotów ramię w ramię z Dorcas. – Niegdzie nie mogę go znaleźć, a Lily czeka na niego w Pokoju Wspólnym.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie odzywaj się do mnie – Syriusz leżał na łóżku i różdżką strzepywał kurz z sufitu. James usiadł koło niego i wypalił:
- Co się dzieje stary? Wiesz, że Amy…
- Nie wspominaj mi o niej – Black wydawał się być coraz bardziej zły.
- Co się dzieje? Syriusz, powiesz mi czy nie – Rogacz wyciągnął różdżkę i mruknął cicho zaklęcie, a w Łapę trafił strumień wody.
- Odwal się! – wrzasnął Syriusz i poderwał się z łóżka. Zamachnął się na Jamesa, który szybko odskoczył.
- Co się z tobą dziś dzieje?
- Amy była śmierciożerczynią! – wrzasnął i rzucił się na Jamesa z pięściami. Wśród chłopców rozgorzała walka, choć James próbował się tylko bronić, a Syriusz postanowił atakować. Dorcas stała koło drzwi i patrzyła oniemiała, myśląc: „A co to za bzdury?”
- Uspokój się idioto!
- Potter nie odzywaj się do mnie! – wrzasnął Syriusz i wybiegł z sypialni nie zwracając uwagi na Dorcas.
- James… Spokojnie. Już poszedł… Kłamca przebrzydły – powiedziała cicho Dorcas. James okręcił się i spojrzał na nią wyczekująco.
- Łapa mnie nigdy nie okłamał… Jak już to tylko żartował, ale… Ja, a on… - westchnął cicho i położył się na łóżku. Dorcas spojrzała na niego wyczekująco, jednak po dłuższej chwili wyszła, gdyż James nawet słowem się nie odezwał.
komentarze [80]
Pierwsze urodziny.
Pierwsze urodziny bloga, dwudziesty piąty stycznia 2007.
Statystki:
Rozdział 1 [ 2 komentarze]
Rozdział 2 [5 komentarze]
Rozdział 3 [7 komentarze]
Rozdział 4 [200 komentarz]
Rozdział 5 [2 149 komentarze]
Rozdział 6 [188 komentarz]
Rozdział 7 [193 komentarz]
Rozdział 8 [308 komentarz]
Rozdział 9 [46 komentarz]
Rozdział 10 [247 komentarz]
Rozdział 11 [60 komentarz]
Rozdział 12 [57 komentarz]
Rozdział 13 [240 komentarzy]
Rozdział 14 [250 komentarzy]
Rozdział 15 [239 komentarzy]
Rozdział 16 [58 komentarzy]
Rozdział 17 [48 komentarze]
Rozdział 18 [95 komentarzy]
Rozdział 19 [103 komentarze]
Rozdział 20 [604 komentarzy]
Rozdział 21 [1 010 komentarzy]
Pod notkami znalazło się 6 109 komentarzy, średnio pod każdą 291 komentarzy.
Wszystkich komentarzy napisaliście: 6 128
Średnia 279 komentarze pod każdą notką.
Do Księgi Gości wpisało się 55 osób.
Do ulubionych dodało mnie 116 osób, za co bardzo dziękuje.
Najwięcej, jak do tej pory odwiedziło moją stronę 832 osób, a było to 21 stycznia 2007 roku.
Radykalnie zmieniłam wizerunek bloga, co chyba wyszło mu na dobre, patrząc na statystyki.
Dziękuję.
komentarze [70]
21.PRZECIEŻ NIE TAK MIAŁO BYĆ.
Wrzesień minął na czekaniu. Na przeraźliwie beznadziejnym czekaniu. Dyrektor codziennie kontaktował się magomedykami, jednak oni nie mogli nic konkretnego mu powiedzieć. Pierwszego listopada profesor Dumbledore przywołał do siebie całą czwórkę Huncwotów i dwie urocze panny z Gryffindoru.
- Amy wraca do Hogwartu – powiedział, gdy cała szóstka usiadła z przestraszonymi minami. Remus zarumienił się ze szczęścia. Cały miesiąc chodził przybity i smutny. Nikt nie potrafił go pocieszyć. Nie pozwolono mu ani nikomu innemu odwiedzić dziewczyny w szpitalu.
Pozostali bardzo ucieszyli się na wieść, że Amy wraca do szkoły.
- To znaczy, że wyzdrowiała? – zapytała Lily z nadzieją. Dyrektor kiwnął przecząco głową, na co ruda Gryfonka usiadła.
- Nie. Nadal nie wiemy jak leczyć tę chorobę. Lily, pochodzisz ze świata ludzi nie magicznych. Słyszałaś o chorobie zwana leukemią? - dyrektor spojrzał uważnie na dziewczynę, jednak ta zrobiła bezradną minę. Dyrektor przyjrzał się wszystkim z troską.
- Nie chce was martwić, ale jeszcze nikt chorujący na tą chorobę nie przeżył. To bardzo rzadka, groźna dolegliwość. Rok, pół roku, parę lat, tydzień… Trudno mi orzec ile czasu Amy z nami będzie na tym świecie – powiedział, a jego niebieskie oczy wypełniły się łzami. Remus ukrył twarz w dłoniach, a wszyscy przez długą chwilę się nie odzywali.
***
Amy przyjechała jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem, kiedy większość uczniów siedziała już w swoich sypialniach, ucząc się albo śpiąc.
Kiedy Lily czytała książkę z eliksirów i usłyszała ciche skrzypnięcie drzwi podniosła wzrok, który spoczął na bladej twarzy i ciemnych, wystraszonych oczach Amy.
- Amy! – krzyknęła uradowana i zerwała się z łóżka. Dorcas, siedząca obok niej i przeglądając książkę od transmutacji również wstała. Obie dziewczyny uśmiechnęły się.
- Chodź, chodź – powiedziały, ciągnąc ją na łóżko. Gdy Amy usiadła dziewczyny zasypały ją gradem pytań, a dziewczyna zaczęła nieśmiało odpowiadać.
- Jak mnie zawieźli to było tak dziwnie i bardzo się bałam… Cała sala była pusta. Wszystko było białe. Gdy przyjechali moi rodzice nie pozwolili im nawet wnieść kwiatów. Ja leżałam w niepewności, a nikt nie chciał mi nawet powiedzieć, co się dzieje. Wiecie na co jestem chora? – zapytała się Amy dziewcząt, które siedziały koło niej i słuchały jej relacji z pobytu w szpitalu.
- Dyrektor… Profesor Dumbledor powiedział, że to jest leukemia, ale nigdy o niej nie słyszałam… - gdy Dorcas wypowiedziała parę słów wyjaśnienia, Amy ponownie zbladła, a paskudne wspomnienia z dzieciństwa, o których starała się zapomnieć przez całe życie, powróciły ze zdwojoną mocą.
- Amy… Stało się coś? – zapytała z troską Lily.
- Dziewczyny… Zawołajcie Remusa i… Zostawcie nas samych – poprosiła dziewczyna, kryjąc twarz w dłoniach jakby miała się zaraz rozpłakać.
Lily i Dorcas szybko pobiegły do sypialni Huncwotów.
Gdy tylko otworzyły drzwi ujrzały widok, który nie zrobił na nich żadnego wrażenia. Wszędzie były porozrzucane brudne ubrania, jedzenie, pergaminy i książki.
Huncwoci natomiast zrobili sobie przejście, mały korytarzyk i środek pokoju oczyścili z ubrań. Siedzieli i grali w karty. Gdy dziewczęta weszły, chłopcy spojrzeli na nie jednak nie przerwali gry.
- Coś się stało? – zapytał nieuważnie Syriusz, sprawdzając, co stanie się jak stuknie się Petera w ramię i podejrzy się jego karty.
- Amy wróciła i chce cię widzieć Remusie – chłopak wstał zadowolony i po chwili go nie było.
- Nie widzę sensu grania, jeśli nie ma już jednego głównego gracza, od którego dobrze się ściąga, chyba, że… Chcecie zagrać? – powiedział James patrząc się na swoje koleżanki.
- James nie przesadzaj. Chodźcie lepiej do Pokoju Wspólnego. Peter idziesz?
- Nie dzięki… Prześpię się – powiedział zapytany przez Lily Glizdon.
- Nie to nie – fuknęła, a cała czwórka zeszła po schodach. W Pokoju Wspólnym było jeszcze całkiem dużo osób. Lily z niesmakiem stwierdziła, że widzi niemądre koleżanki, fanki Jamesa i Syriusza.
- Gdzie siadamy Liluniu? – zapytała Dorcas i ku jej przerażeniu zobaczyła, że Lily wskazuje fotele blisko dziewczyn, które na widok Jamesa i Syriusza dostawały niekontrolowanego chichotu.
- Jesteś pewna? – zapytał James, patrząc się z niesmakiem na Marie, przewodniczkę dziewczyn.
- Tak, James damy im nauczkę, że ani ciebie ani Syriusza już nie tkną – powiedział, a Syriusz z Dorcas uśmiechnęli się i kiwnęli głowami.
Gdy Marie zobaczyła, że w stronę jej i jej przyjaciółek zmierzają dwaj najbardziej pożądani chłopcy w szkole nagle się zarumieniła, zbladła, a w jej głowie odkształcił się plan działania.
Gdy tylko zbliżyli się do niej, dziewczyna krzyknęła „Hej!” a po chwili zauważyła, że nikt tego nie zauważył. Gdy Marie próbowała się przywitać i jakoś zagadać, Syriusz siadł na kanapę i przytulił się do Dorcas siedzącej koło niego. Gdy jedna z „Różowych” to zauważyła szybko szturchnęła Marie, która obrzuciła dziewczynę Syriusza nienawistnym spojrzeniem. James w tym czasie postanowił zrobić coś innego i bardziej „dopiec” koleżankom, które zmarnowały mu siedem lat. Usiadł na fotel i wziął lekko opierającą się temu pomysłowi Lily na kolana.
Wtedy w Marie jakby ogień wstąpił. Usiadła na fotel wprost sina ze złości i milczała już cały wieczór.
- Jak myślicie, co Amy powie Remusowi? Teraz jak siedzą razem w pokoju? – Syriusz rozważał wszystkie możliwości.
- Może z nim zerwie… Może powie mu, no wiecie, w cztery oczy, że jest chora… Może…
- Syriusz! Przestań! – krzyknęła Lily.
- Tak, przestań. Tylko nas straszysz. Amy nic nie będzie. Z nikim nie zerwie – powiedziała Dorcas bardziej do siebie niż do swoich przyjaciół.
Gdy zrobiło się bardzo późno, z sypialni dziewcząt wyszedł Remus. Był bardzo blady. Nie odezwał się ani słowem, przeszedł przez Pokój Wspólny, minął swoich przyjaciół i wszedł do sypialni chłopców zamykając bardzo cicho drzwi.
Jego przyjaciele i przyjaciółki spojrzeli na siebie zdziwieni. Dziewczyny poszły do Remusa, a część Huncwotów udała się na krótka pogawędkę z Amy.
***
Gdy tylko Lily i Dorcas weszły do sypialni chłopców z siódmego roku zobaczyły scenę godną współczucia. Remus stał koło okna tyłem do dziewcząt, a z jego oczu spływały najprawdziwsze łzy. Chłopak płakał. Wiadomość, jaką przekazała mu Amy była dla niego szokiem. Nie wierzył w nią, nie starał się uwierzyć, choć serce krzyczało, że to prawda. Lily domyślała się, co Amy mogła powiedzieć Remusowi skoro doprowadziła go do takiego stanu. Poczuła, że Amy zostało niewiele życia.
- Remus? Nic ci nie jest? - zapytała z troską Dorcas, a Lily podeszła do chłopaka i położyła mu dłoń na barku. Chłopak odkręcił się i spojrzała na nią nic niewidzącym wzrokiem. Ruda dziewczyna stojąca koło niego pogłaskała go po ramieniu.
- Wiecie co ona mi powiedziała? – powiedział w końcu, a dziewczyny pokiwały przecząco głową. Remus usiadł na łóżku Syriusza, stojącym najbliżej niego, i zaczął opowiadać.
- Ja już wiem co to jest leukemia! To białaczka! Rak krwi! Amy powiedziała, że jej babcia na to umarła, a matka była nosicielką! – krzyknął i zaszlochał. Dorcas spojrzała zaskoczona na Lily. Dziewczyna nie orientowała się co to jest rak, białaczka czy inne pojęcie medyczne mugoli. Lily i Remus niestety wiedzieli. Oboje uczyli się pilnie i dokładnie. Oboje chcieliby zostać magomedykami w przyszłości (choć Remus zastanawiał się nad karierą aurora), a do tego potrzebna jest znajomość również chorób nie tylko występujących w świecie czarodziei, ale również tych w świecie ludzi nie magicznych. Uzdrowiciel to ciężki zawód.
Lily spojrzała przerażona na Remusa.
- Remus… Nie, nie białaczka… Nie… Niech oni wszyscy żartują! - powiedziała, a po jej policzkach również zaczęły staczać się łzy. Dorcas nie wiedziała jak groźna jest ta choroba. Przykucnęła koło swoich przyjaciół i spojrzała na nich wyczekująco. Lily podniosła się i otarła policzki.
- Dorcas, białaczka jest nieuleczalna. Związana jest z krwią… No, nie łatwo to wytłumaczyć… Nikt jeszcze nie wynalazł na to sposobu, jak wyleczyć leukemię. A Amy… Czemu ona zachorowała? To nie jest chyba choroba dziedziczna? – Lily zwróciła się do Remusa. Ten wzruszył ramionami, a łzy nadal spływały po jego policzkach. Lily spojrzała na Remusa, a potem na Dorcas. Pokazała jej ręką, że pora wyjść.
- Dobranoc – powiedziały, bo nic innego nie przyszło im do głowy. Nie wiedziały jak go pocieszyć. Po prostu brakowało im słów.
***
Gdy tylko James i Syriusz doszli do sypialni dziewcząt tuż przy drzwiach zauważyli, że nie ma przy nich Petera.
- Ej! A gdzie Glizdon? – zapytał Jamesa oglądając się. Syriusz spojrzał na schody, lecz nikogo tam nie było.
- Pewnie polazł do kuchni. Daj sobie z nim spokój – powiedział i zapukał. Odpowiedziała mu cisza. Chłopak załomotał w drzwi jednak nikt się po drugiej stronie nie odezwał, jakby nikogo w pomieszczeniu nie było. Syriusz spojrzał zdziwiony i lekko przestraszony na Jamesa. Oboje mieli nie za wesołe miny.
- Amy!! Otwieraj! – krzyknął i nacisnął klamkę od drzwi. Otworzył je i wszedł do pomieszczenia, a James wpakował się za nim. Chłopcy rozejrzeli się po sypialni, szukając wzrokiem koleżanki.
komentarze [104]
20.UMARŁAŚ.
Lilyanne Evans rozpoczęła siódmy rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Trochę przerażała ją myśl zdawania OWTMów, jednak chciała jak najszybciej skończyć szkołę. Trudno byłoby jej się dziwić, że często myślała o opuszczeniu Hogwartu, w którym spędziła tyle szczęśliwych lat. Bała się, że dorosłe życie czekające na nią przerośnie jej oczekiwania, bo Lily miała plany. Poważne plany jak na swoje siedemnaście lat. Po skończeniu edukacji chciała jak najszybciej wyjść za mąż.
Tym godnym kandydatem był niejaki James Potter. Człowiek, który uganiał się za Lily odkąd tylko ją zobaczył po raz pierwszy w pociągu. Lily jednak bała się tego uczucia. Bała się, aż do momentu, gdy chłopak płakał w jej ramionach. Było to po zabójstwie jego rodziców przez pewnego czarnoksiężnika mordującego niewinnych ludzi oraz cechującą się zazdrością grupą jego popleczników. Owy człowiek nazywał się Lord Voldemort, a jego słudzy znani byli jako śmierciożercy.
Teraz szanowna panna Lily i pan James siedzieli w pociągu zmierzającym do szkoły.
Wiózł on uczniów do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwardzie. Było bardzo głośno, tłoczno i wesoło. Tak było w każdym przedziale, za wyjątkiem jednego: w przedziale Huncwotów i ich dziewczyn było zadziwiająco cicho. Trudno było się dziwić, jak to możliwe jednak zorganizowana Lily potrafiła jako jedna z niewielu zapanować nad najgłośniejszym huncwotem, Syriuszem Blackiem.
Obecnie Syriusz oglądał krajobraz za oknem, Lily czytała, James przyglądał się jakiemuś punktowi w przedziale, a pozostali spali.
- Czemu ty zawsze musisz coś czytać? Rok temu jak jechaliśmy też czytałaś… - zapytał się James ściągając oczy z punktu na półce na punkciki w oczach Lily.
- Oj James! Ja muszę coś robić. Nie zasnę spokojnie przy tobie!
- Marudzisz… - uśmiechnął się i utkwił znów wzrok w nieokreślonym punkcie. Lily uśmiechnęła się i odłożyła książkę. Spojrzała na niego. Zamyślony, poważny, dorosły chłopak… W tej samej chwili ten oto chłopak spojrzał na nią. Na ich twarzach zagościł wyraz zrozumienia, miłości i szczęścia. A przecież wystarczy być ze sobą.
Po dwóch godzinach jazdy ilość ludzi w przedziale nie zmieniła się. Siedzieli inaczej, bo już z nudów nie mieli co ze sobą zrobić. I już nie był tak cicho. Spał tylko Peter. Reszta bardzo wesoło dyskutowała na dręczące ich tematy.
- Wiecie, że to nasz ostatni rok? - zapytała z troską Amy, bledsza i szczuplejsza niż zwykle.
- Amy, Amy… Tak, ostatni, ale najlepszy! – mruknął Remus siedzący koło niej i trzymający ją za rękę.
- Na pewno damy poczuć nauczycielom, że odchodzimy. Trzeba ich już teraz zacząć godnie żegnać – zachichotał Syriusz siedzący naprzeciwko Amy. W oczach Jamesa zabłysł ogień, jednak Lily szybko go ugasiła.
- Nie sądzę. James na pewno nie będzie z wami uczestniczył w tych dziecinnych zabawach!
- Nie, wcale… James, stary! Ale będziesz miał z Lilką ciężkie życie! Już cię trzyma pod pantoflem – zaśmiał się Syriusz. Remus zachichotał, a James spłonął rumieńcem. Lily natomiast wyglądała jakby chciała uderzyć za chwilę Blacka butem po głowie.
- Nie twój interes, co James będzie ze mną robił po skończeniu szkoły.
- Lily, nie złość się. To tylko żarty – powiedziała Dorcas siedząca koło Syriusza. Chłopak kiwnął głową.
W przedziale robiło się z chwili na chwilę coraz weselej. Peter spał i pochrapywał, a pozostali zaczęli opowiadać sobie różne kawały o czarodziejach i mugolach. Gdy zaczęło się robić ciemno pociąg dojechał na stację w Hogsmeade. Uczniowie zaczęli wysiadać i powstał hałas, słychać było dużo krzyków i mnóstwo śmiechu.
Wrócili do domu.
***
-James! Kochanie! Przewiń Harry`ego! – były wczesne godziny grudniowego dnia. Zbliżały się święta. Lily piekła ciasto. Nie widziała sensu w kupowaniu czy wyczarowywaniu ciast. Wolała upiec je tradycyjnie, po mugolsku. James siedział w pokoju obok i bawił się z małym synkiem. W domu panowała miła atmosfera. Było ciepło, czuć było mandarynkami, a w salonie piętrzyła się wielka choinka, „zdobyta” przez Jamesa.
- Ale on nic nie zrobił -powiedział, wchodząc z chłopakiem na rękach do kuchni. Pięcio miesięczny Harry był słodkim bobaskiem. Lily wzięła orzechy i zaczęła nimi posypywać ciasto.
- Wiesz, co Liluś? Moim zdaniem Harry w przyszłości zostanie sławnym graczem, tak jak tatuś – powiedział tuląc do siebie syna.
Lily uśmiechnęła się pod nosem. James bardzo uroczo wyglądał ze swoim synkiem. Gdy młoda matka patrzyła na nich zalewała ją fala czułości.
- Dobrze James nie histeryzuj. To można jeszcze wyleczyć – zaśmiała się Lily.
- Bardzo śmieszne! – chłopak udał obrażonego.
- Kochanie, żartowałam! Pilnuj ciasta, za dwadzieścia minut wyjmij je z pieca. Ja idę jeszcze na cmentarz – Lily założyła płaszcz i pożegnała się z dwoma ukochanymi mężczyznami.
Gdy tylko wyszła na ulicę została gwałtownie zatrzymana przez wielki tuman śniegu. Odeszła kawałek od domu i teleportowała się.
Po Londynie krążyły rodziny. Czasem zatrzymywani byli przez dorodnych świętych mikołajów. Lily uśmiechnęła się.
Kochała święta. Uwielbiała śnieg, dawanie prezentów…
„No, ale na razie nie na to pora. Czas będzie na to potem… Trzeba coś później kupić dla Jamesa” pomyślała i udała się w stronę cmentarza.
Weszła przez dużą żelazną bramę. Nie było tu tak dużo ludzi jak sądziła. Przeważnie wszyscy odwiedzili już groby swoich bliskich zmarłych.
Lily skręciła w boczną alejkę i przeszła zaledwie dwa metry, gdy znalazła się przed oczekiwanym pomnikiem. Postawiła znicz, strzepując wcześniej trochę śniegu. Wyjęła zapałki i podpaliła go.
Spojrzała na tablicę, a po jej policzku potoczyły się łzy.
Lily zerwała się z łóżka.
- Och to tylko sen, tylko sen – powtarzała wkoło. Taki realistyczny. Taki prawdziwy. Lily przetarła policzki. Były mokre. „A jednak płakałam. Nigdy nie miałam takich snów…” Pomyślała z rezygnacją i złością. Nagle zrobiło jej się bardzo smutno. Nie chciała, aby jej bliscy umarli.
Gryfonka z rezygnacją wstała z łóżka i postanowiła pójść na śniadanie.
Przy wielkiej misce owsianki ożywiła się i postanowiła poprawić sobie humor krótką rozmową z Jamesem. Chłopak właśnie wchodził do Wielkiej Sali. Lily pomachała mu a on skierował kroki w jej stronę, szeroko się uśmiechając.
Gdy zjedli śniadanie i dostali plany lekcji, wstali i ruszyli na transmutację.
Lily ujęła delikatnie dłoń Jamesa. Co chwilę oglądała się za przyjaciółkami, Dorcas i Amy, jednak nie było ich nigdzie widać.
Na transmutacji było bardzo ciekawie. Profesor McGonagall nie zaczęła prowadzić lekcji tak jak to zawsze robiła. Nie wzięła żadnego tematu. Zrobiła coś ze swoją klasą co w świecie mugoli nazywa się godziną wychowawczą.
- Na samym początku stwierdzam, że
pewnym osobom na tej sali nie jest to w ogóle potrzebne – powiedziała z ironią, a jej spojrzenie otoczyło grupkę Huncwotów. Lily zachichotało, co było równoznaczne ze złamaniem praw godności prefektów.
- Uważam, że powinniśmy porozmawiać o waszych przyszłych karierach. Kończycie szkołę, zdajecie testy, a możecie popełnić głupi błąd przy wyborze pracy. Meadsow! Jaki chcesz pełnić zawód po ukończeniu szkoły? – zapytała żywo nauczycielka nic nie spodziewającą się Dorcas, która siedząc w pierwszej ławce, czuła się bezpieczna i odpłynęła w marzenia. Dziewczyna zarumieniła się i powiedziała niewyraźnie, starając nie patrzeć się na swoich przyjaciół.
- Ja… Ja może… Bardzo chciałabym wyjechać za granicę i opiekować się zwierzętami – Lily słysząc te słowa o mało nie spadła z krzesła. Nie ona jedna. James otworzył szeroko oczy, a Syriusz usta. Black patrzył z niedowierzaniem na plecy swojej dziewczyny. Ukochanej dziewczyny. To jakby prawie z nim zerwała. Jeśli Dorcas wyjedzie, Syriusz musi zostać ze względów na swoją przyszłą pracę, a pragnie tak jak wszyscy Huncwoci zostać aurorem. Łapa doznał głębokiego szoku.
Na przerwie on już sobie z Dorcas porozmawia!
Minerwa McGonagall zaczęła spacerować po klasie.
- A ty Potter? Jakie masz ambicje? – ku zdziwieniu Lily, James zarumienił się i spuścił skromnie oczy.
- Ja… Pani profesor chciałbym zostać aurorem i grać zawodowo w quidditcha.
- Długa droga przed tobą. Chyba wiem, czemu wybrałeś taką a nie inną pracę – powiedziała nagle i uśmiechnęła się, stwierdzając, że bardzo popiera taki wybór.
Gdy zabrzmiał dzwonek wszyscy wstali i zaczęli kierować się ku wyjściu. Lily doszła do Jamesa i dyskretnie go przytuliła.
Na korytarzu było tłoczno i panował duży zgiełk. Przed Lily i Jamesem szła Dorcas i Amy szepcząc coś z zapałem. Gdy Lily przyjrzała się bliżej swoim koleżankom, stwierdziła, że dziewczęta stały się dorosłe, jednak… W Amy zachodziły niepokojące zmiany. Schudła, zbladła…
Lily wyminęła je i pomachała im wesoło, a James się nawet uśmiechnął. Dziewczyny odwzajemniły gest do swoich przyjaciół. Kiedy Lily odkręciła się do Jamesa żeby zapytać się gdzie oni idą, bo nie wie co teraz za przedmiot mają, zobaczyła przez ramię swojego Gryfona przerażoną Dorcas i Amy wyglądającą jakby miała za chwilę zemdleć.
Evans złapała Pottera za rękę i szybko wróciła do swoich przyjaciółek.
Amy w istocie rzeczy zrobiła się biała jak pergamin, a Dorcas próbowała ją podtrzymać, jednak było już za późno. Amy zasłabła.
***
- Mam nadzieje, że nic jej nie jest.
- Może to przemęczenie?
- A może… Może jest chora? – Dorcas i Lily stały przed drzwiami Skrzydła Szpitalnego, czekając na wejście, w odwiedziny. Rozmawiały tylko we dwie, bo James poszedł poinformować McGonagall, Syriusz stał koło okna i myślał o tym co Dorcas powiedziała na transmutacji, a Remus stał oparty o ścianę i wcale się nie odzywał. Chyba był zszokowany. Nie on jeden. Jednak tylko on wiedział co czuje jego serce, a czemu myśli szalone doganiają myśli Amy…
Remus cierpiał najbardziej z nich wszystkich. Czuł, że z Amy dzieje się coś złego. W pociągu mało się odzywała. Niewiele jadła. Remus bał się, ze straci tak kochaną osobę. Bał się, a gdy pomyślał, że dziewczyna może z nim zerwać ogarniało go przerażenie tak wielkie, że aż dech w piersi zamierał. Cieszył się, że dziewczyna pokochała go mimo tak wielkiego ciężaru, tego co dręczy go co miesiąc… Ufał Amy, bo ona tylko naprawdę wiedziała co on czuje. James, Syriusz i Peter, choć znali się od siedmiu lat nigdy nie wiedzieli co Remus tak naprawdę przeżywa.
Tylko Amy.
Ona jedna.
Remus starał się nie dopuścić do siebie jednej myśli, która go nękała już od czerwca.
Nie chciał myśleć o tym… Bał się, że…
Bał się, że Amy umiera.
- Wiesz co Dorcas? Ja się boję…
-Ale czego Lily?
-Bo wiesz… Boje się, że Amy umrze – powiedziała przypominając sobie sen, a Remus spojrzał na nią zaskoczony.
Dyskusje przerwano im po chwili, bo pojawił się James i McGonagall, która wyglądała jakby była bliska zawału serca.
- Co się stało? – wydusiła, tłumiąc strach.
- Pani profesor, bo Amy zasłabła – odpowiedziała Dorcas. Lily kiwnęła głową, a James podszedł do Remusa i poklepał go po ramieniu. Profesorka cicho zapukała do drzwi Skrzydła Szpitalnego. Po chwili weszła, a jej podopieczni zostali sami.
- Ciekawe, kiedy nas wpuszczą do środka? – zapytała Dorcas. Reszta tylko kiwnęła głową i nadal czekała.
Po dłuższej chwili kobieta wyszła, a reszcie kazała poczekać.
Teraz już nie kryli przerażenia. Profesor McGonagall wróciła po jakiś dziesięciu minutach, ale nie była sama. Towarzyszył je śmiertelnie poważny profesor Dumbledor.
- Proszę was do środka – powiedział, a grupka Gryfonów weszła do sali.
- Nie sądzę, aby… - zaczęła pielęgniarka, jednak dyrektor przerwał jej i poprosił, aby uczniowie gdzieś usiedli. Spoczęli na najbliższych łóżkach, jednak Amy nigdzie nie było.
- A gdzie…? – zaczął Syriusz, a Remus zaczął coraz rozpaczliwiej oglądać wszystkie łóżka, jakie stały w pomieszczeniu.
- Amy przed dziesięcioma minutami została przewieziona do Świętego Munga – głos dyrektora był bardzo poważny, a jednocześnie tak smutny…
- Czy coś jej się stało, coś poważnego? – zapytała Lily, a James wziął Rudą za rękę.
- Tak… Ta choroba raczej nie występuje w świecie w którym żyjemy, a i w świecie ludzi nie magicznych jest bardzo słabo znana, jednak już przeraża. Mugole nie znają na nią leku. Nasi magomedycy już pracują jak przywrócić Amy zdrowie.
- To… To jednak jest chora? – zapytał blady Remus, wstając. Dyrektor kiwnął głową, a Remus zrezygnowany usiadł.
- Niestety, ale… Podejrzewamy, że jeśli w przeciągu miesiąca… - dyrektor najwyraźniej nie wiedział jak im powiedzieć to co go tak nękało. - Jeśli nie znajdziemy jakiegoś sposobu, metody… Ta choroba… Amy jest pierwszą osobą, która w świecie czarodziei na nią zachorowała. Musimy znaleźć jakieś zaklęcie, eliksir… Nie pozwolę ja i wszyscy nauczyciele… Zrobię co w mojej mocy, obiecuję. Ale jeśli się nie uda… Amy umrze – powiedział w końcu. McGonagall usiadła, a po jej bladym policzku stoczyła się łza. Wszyscy zamarli i zamilkli, tylko Remus wydał zduszony okrzyk, połączenie jęku z beznadziejnym krzykiem.
Jego obawy zaczęły się spełniać, serce ze strachu zaczęło mu mocniej bić.
Lily siedzącej naprzeciwko Remusa zakręciło się głowie.
„Proszę, niech ten sen się nie spełni… Niech się nie spełni… Tylko dwa lata by jej pozostało, a może i mniej… Niech się nie spełni… Nie, nie, nie…” Dziewczyna czuła, że coś jest nie tak, kiedy w swoim śnie odwiedziła cmentarz, kiedy odwiedziła nieżyjącą Amy. Kiedy spojrzała na jej grób, wtedy zaczeła płakać. Wtedy się obudziła. Lily czuła, że ona tym snem wywołała chorobę dziewczyny. Nie chciała być morderczynią przyjaciół. To było nie dorzeczne, ale Lily poczuła, że wszystko to jest jej wina.
komentarze [172]
19.PRZYJACIELE.
Lily siedziała przed gabinetem jakiegoś chirurga. Nie mogli jechać do szpitala Św. Munga, gdyż Lily nie miała pojęcia, gdzie to jest, a James, owszem wiedział, tylko nigdy tam nie był i najprawdopodobniej zabłądziłby.
Pan Evans siedział koło córki, a pani Evans była z Jamesem w gabinecie. Lily również chciała wejść, ale zatrzymał ja tata i rozsądek. Na pewno zemdlałaby na widok zszywania jej chłopaka.
Bo rana była głęboka. Niestety, ale James musiał mieć założone szwy i choć nie bał się, nogi ugięły się pod nim, może na skutek utraty krwi, może przez to, że zobaczył chirurga, a może przez to, że prawie zgniótł ciałem panią Evans, gdyż ledwo stał na nogach, a ona podtrzymywała go w gabinecie. Było mu głupio, widząc tyle zamieszania koło swojej osoby. W tej chwili bardzo żałował, że wdał się w bójkę. Nie ma jak prowokacja. Veron widać był zazdrosny o to, że James jest wysportowany, przystojny… A z Dursleya jednym słowem jest wielka klucha.
Po godzinie Lily ze swoim tatą zobaczyła bladego Jamesa i panią Evans wychodzącą z gabinetu.
- Co mu się stało?
- Chyba przeżył szok jak zobaczył igłę! - zażartowała pani Evans.
- Mamo! - krzyknęła Lily. James uśmiechnął się lekko i nabrał kolorów.
- Wracajmy do domu, bo Petunia z Veronem go rozniosą - powiedział pan Evans, a wszyscy wybuchli śmiechem.
***
James położył się do łóżka, wykąpany i obolały. Lily stanowczo nakazała mu spać w pokoju gościnnym, a nie swoim.
- Brzydzisz się mnie? - zapytał z dziwnym błyskiem w oku.
- Nie, tylko… Będzie ci wygodniej spać samemu niż gnieździć się w jednym łóżku ze mną - powiedziała układając jego ubrania w szafie.
- Lily, wiesz, że tak nie jest i nie będzie - przerwał jej James, jednak i jemu przerwano, bo do pokoju gościnnego zapukała pani Evans.
- Idźcie już spać - powiedziała.
- Mamo! Jeszcze chwilkę. Skończę układać ubrania Jamesa w szafie - mruknęła Lily. Wkładała właśnie ostatnią bluzę Jamesa do szafy. Mama dziewczyny wyszła i cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Skończyłam - powiedziała lekko. Okręciła się i zobaczyła, że jej chłopak leży z zamkniętymi oczami.
- Śpisz? - ani drgnął. Najwidoczniej śpi. Jednak to podejrzane, że tak szybko zasnął.
- James? James! - Lily kucnęła koło jego łóżka. Potter nie otwierał oczu. Ruda przyjrzała mu się dobrze. Był śliczny, mimo tej dużej rany koło lewego oka.
Ciemne włosy romantycznie opadały na zamknięte, kasztanowe oczy, przykryte powiekami. Po chwili te piękne oczy się otworzyły i James z zaskoczenia złapał Lily w pasie i zaczął się z nią bawić na łóżku. Właśnie, gdy Lily płakała ze śmiechu, bo James ją łaskotał, weszła Petunia.
- Może byście się uspokoili? Próbuję spać! Veron też nie może zasnąć! Jest już dwunasta w nocy! - nie odpowiedzieli jej, gdyż James akurat trzymał Lily za ręce, aby ta nie mogła go połaskotać. Ruda piszczała próbując mu się wyrwać. Petunia spojrzała na nich krzywo i wyszła z pokoju.
- Spać idę - powiedziała Lily.
- Proszę. Śpij tutaj – zamruczał cicho James i odkrył kołdrę. Lily położyła się i zamknęła oczy. Poczuła też, że czyjeś ręce oplatają jej w pasie. James przytulił ją i również smacznie zasnął.
***
James obudził się bardzo wcześnie. Czuł się słabo. Bolała go twarz a na ciele miał mnóstwo siniaków. "Po co go prowokowałem?" pomyślał. Przekręcił się na drugi bok, delikatnie i lekko, żeby nie naruszyć obolałych części ciała i spojrzał na Lily. Wyglądała niewinnie i uroczo. Miała rozczochrane włosy, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. James się podniósł i wyjrzał przez okno. Znów nadchodził niesamowity upał. Chłopak postanowił wstać z łóżka i wykonać poranną toaletę. Po drodze otworzył okno, bo w pokoju panował zaduch, a następnie wyszedł z pomieszczenia kierując się do toalety.
Gdy wrócił Lily nadal spała. Chłopak przysiadł na łóżku obserwując pokój. Porozglądał się chwilkę i zobaczył na parapecie okna sowę, trzymającą list w dziobie.
„Mój najukochańszy Rogasiu!
Mam nadzieję, że dojechałeś do swojej rudej pani prefekt. Remus czuje się dobrze, co mogę śmiało stwierdzić po tym jak wrzeszczał na mnie przez blisko piętnaście minut.
Wybiłem mu szybę. W salonie. Kapciem… Kapciem jego mamy.
No co!?! Chciałem trafić muchę, a mucha odleciała. Kapeć trafił w okno, przebił się i poleciał.
Najgorsze jest to, że nie ma ani kapcia ani muchy! Pewnie doleci do naszego Glizdona. On lubi takiego typu śniadania. Wczoraj wysłałem mu moją skarpetkę. Nie martw się! NIE BYŁA CZYSTA! Tygodniówka, a wiesz jak wyglądają moje skarpetki po tygodniu. Parę dni temu byłem w Londynie. Nie zgadniesz, kogo widziałem!…
James przerwał czytanie i zamyślił się. Kogo ciekawego mógł widzieć? Pewnie Snape`a! Tylko tym się zawsze chwalił. James podniósł list na wysokość oczu i czytał dalej:
„Nigdy nie zgadniesz, więc ci powiem: Snape`a!! Co mnie zaskoczyło szedł z jakąś młodą kobietą! Szedłem za nimi, a ten głupi Smark mnie nawet nie zauważył! Wiesz co? Dziewczyna nazywa się Amelia i jest z Egiptu. Nie ma jak podsłuchiwanie!
Pamiętasz nasze ulubione zaklęcie?? Nawiasem dodając fajnie leciał. Szkoda, że go nie widziałeś. Nadal nosi te szare majtasy. Chyba je sobie obsikał, ale to już od niego będzie śmierdziało, a nie ode mnie.
Pozdrawiam Cię, całuję w nos, a Lily w rękę.
Syriusz znany jako Łapa, lub roznosiciel pcheł.
p.s. Lunatyk przesyła pozdrowienia i każe ci się nie martwić „Ostatnio przeżytym futerkowym problemem”, bo już czuje się dobrze. Odpisz jak się od Lily oderwiesz.
Ufam, żeś zdrów.
S.B.
James odłożył list i się uśmiechnął. „Mimo wszystko dobrze jest mieć przyjaciół!” pomyślał i spojrzał na Lily. Uśmiech ponownie zagościł na jego ustach.
Nie chciał się smucić.
Za parę dni miała przyjechać siostra Verona, Marge. Nie wiedziała do jakiej szkoły chodzi Lily i James, ale od razu ich znienawidziła, nie starała się polubić.
Trudno się dziwić, że i oni na jej widok poczuli coś w rodzaju antypatii. James będzie jej dokuczał, Lily będzie wściekła… Jednak wakacje mieli wspaniałe, bo cały czas byli ze sobą. Wściekłość Petuni, zdenerwowanie Verona i zazdrość Marge… To towarzyszyło im ponad miesiąc. Lily i James mieli świetną zabawę i znakomite wakacje, bo nie było drugiego pokoju gościnnego, a Marge spać gdzieś musiała.
Trudno się dziwić, że jakoś specjalnie Lily i James nie protestowali, gdy musieli spać w pokoju młodszej córki Evansów.
Pod koniec wakacji, Lily i James nie mogli już znieść towarzystwa Verona i Marge, którzy przesiadywali u państwa Evansów prawie całe wakacje i postanowili pojechać do Dorcas na tydzień. Tam zdarzył się przykry wypadek. Lily zgubiła gdzieś swój zeszyt z zapiskami ze swojego życia. Po za tym nic im nie zepsuło miłego spotkania z przyjaciółką.
Niestety, wszystko musi mieć kiedyś swój koniec, tak wiec i wakacje się skończyły. Młodzi czarodzieje z początkiem września wrócili do szkoły.
komentarze [99]
18.KŁAMSTWA I KŁAMSTEWKA.
Wbrew pozorom Lily otworzyła drzwi. Veron nie miał takiego poczucia humoru, aby żartować w ten sposób, więc to na pewno nie on. Lily szarpnęła za klamkę u dość dużych drzwi – „głównych” drzwi, jak je kiedyś nazywała i zobaczyła ku swojemu największemu zdumieniu Pottera.
- Cześć Liluś! – krzyknął i już chciał ją pocałować na przywitanie, lecz Lily uchyliła się przed jego rozczochraną głową i wlepiła w niego zdumione spojrzenie.
- Co ty tu robisz?? – zapytała z nieukrywaną satysfakcją i ogromnym zdziwieniem w głosie. James uśmiechnął się figlarnie i szybko pocałował Lily.
Stęsknił się za jej ustami i za nią. Nie widzieli się raptem parę dni - ot, przecież są wakacje. Jednak James nie mógł wytrzymać w domu swojego kolegi - wolał być ze swoją dziewczyną. „Ze swoją narzeczoną” poprawił się w myślach i uśmiechnął się jak głupi do zielonych oczu Lily. Starał się przyjechać jak najszybciej. Byłby nawet wczoraj. Co się okazało? James z pochodzenia czarodziej czystej krwi, nie był zbyt dobrze rozeznany w środkach komunikacji mugoli. Nie mógł przylecieć, choć oczywiste było, że chciał to zrobić. Jednak rozsądek zwyciężył i postanowił jakoś dojechać autobusem. Tłukł się mozolnie aż półtora dnia w podróży, a już gdy był blisko celu czuł, że jeśli za chwilę nie zobaczy uśmiechu Lily to krzyknie i padnie z wyczerpania.
Teraz stał i śmiał się na widok zaskoczonej miny Lily.
Obiecał, że przyjedzie, ale co z tego, że tak szybko?
Lily wpuściła gościa do domu całkowicie zszokowana. Czuła, wiedziała, że płacz…
„Choćby całą noc przepłakać, rano wraz ze słońcem wstanie szczęśćcie…” przypomniała sobie słowa mamy, wypowiedziane kiedyś… Dawno temu, i choć teraz był wieczór, czuła, jak zza drzew uśmiecha się do niej ironicznie niebo, a ostatnie promienie słoneczne igrają na ciemnych włosach Jamesa.
Te łzy sprzed paru dni już nic nie znaczyły.
***
Lily siadła w fotelu, a James na kanapie.
- Chodź do mnie – powiedziała Lily, jednak James kiwnął przecząco głową.
- Nie. Lilka ja jestem od trzech dni na nogach i nie mam już siły na nic – mruknął.
- Od trzech?
- Była pełnia, więc no wiesz… A od razu po niej pojechałem do ciebie. Remus się trochę poranił, więc chciałem od razu przyjechać, żeby na niego nie patrzeć. Dwa dni mi podróż w tym upale zajęła.
- Uch… Może chcesz coś do picia? – James nie śmiało kiwnął głową, na co Lily zerwała się i pobiegła do kuchni. Gdy już kończyła przygotowywać mrożoną herbatę, nad drzwiami rozległ się ponownie dzwonek. Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę, kim może być człowiek, który dzwoni do domu, lecz drzwi otworzyć nie mogła, bo ręce miała zajęte pełnym dzbanem i szklankami.
- James? Otworzysz? – krzyknęła, a chłopak podniósł się i nacisnął na klamkę. Lily dorzucająca kostki do herbaty nigdy potem nie mogła zrozumieć czy wybuchła bomba, czy był wypadek przed jej domem, jednak dziewczyna z czystym sumieniem mogła powiedzieć, że zagrzmiało, a ziemia pod jej stopami zatrzęsła się. Gryfonka rzuciła szklanki na podłogę, nie szczędząc również dzbanka z mrożoną herbatą, i szybko wybiegła.
Zobaczyła Jamesa i Verona, między którymi się najwyraźniej kotłowało. Ruda nie wiedziała, kogo od kogo odczepić, gdyż walka była zbyt gwałtowna i zażarta. Żaden przegrać nie chciał i nie zamierzał.
W tej samej chwili na dół zbiegła Petunia i zaczęła krzyczeć. Lily wrzasnęła żeby się zamknęła, na co ta odkrzyknęła, że nie wie, co to „coś” robi w przedpokoju, ale smród jest nie ziemski.
- Sama śmierdzisz!
-J a? A to coś to może nie? – petunia zakpiła i wskazała na Jamesa, który siedział na Veronie i zaczął go okładać pięściami. Ten nie pozostał mu dłużny uderzając go bardzo brutalnie po twarzy. Po obu krew ściekała jak górskie potoki ściekają po skałach. James oprócz tego miał rozciętą wargę, a smugi potu i kurzu, pozostałości po podróży nadawały mu wyraz, jak nie włóczęgi, to osoby bardzo do włóczęgi podobnej.
- Przymknij paszczę i pomóż mi ich rozdzielić – krzyknęła przerażona, patrząc jak Veron bierze odłamek szkła, który doleciał z kuchni aż do przedpokoju i nie bezpiecznie macha nim koło Jamesa.
- Ani mi się śni! Nie dotknę tego czegoś nawet z dwumetrowym przeczyszczaczem do kibla! – Ryknęła Petunia, no co Lily ogarnęła furia, a ze złości łzy zaczęły zbierać się jej pod powiekami. Zdawało się, że z tego, co zostało po jej rozmowie z siostrą i zaprzyjaźnieniu się z nią to marne szczątki. Szkoda, że ruda panna Evans nie poczuła, że wszystko było budowane na kłamstwie.
Obie Evansówny zaczęły krzyczeć jednocześnie, a ich chłopcy bili się pod nogami wrzeszczących dziewczyn. Harmider był okropny, podłoga zalana krwią i obsypana szczątkami szklanek i dzbanka, gdy w tak fatalnym momencie na podjazd koło Privet Drive 4 wjechali rodzice obu dziewczyn, bardzo zadowoleni z przyjęcia w pracy pana Evansa.
- Widziałeś sukienkę McRudfoll? Widać, że powinna pozbyć się co najmniej z siedem kilo - mruknęła pani Evans siedząc koło męża w samochodzie. Ten coś burknął.
- Nie wiedziałam, że jej mąż to twój kolega… - uśmiechnęła się.
- Nie jest nim.
- Ale wydawało mi się, że się lubicie.
- No, ale „lubić” a „kolegować się” to są przecież różne rzeczy – powiedział pan Evans otwierając drzwi i wypuszczając żonę. Szli już zgodnie po kamiennej ścieżce do domu.
Bardzo się jednak zdziwili, gdy zauważyli otwarte drzwi. Trudno było określić uczucia państwa Evans, gdy zobaczyli swoje obie córki, krzyczące i piszczące, a pod ich stopami bijącego się Jamesa i Verona.
Pani Evans nie miała nic do tego, że James bije Verona, jednak była bardzo zdenerwowana widząc, że Veron bije Jamesa.
- Uspokoić mi się natychmiast! Do pokoju! Ale już! – wrzasnęła. Wszyscy zamilkli. Pan Evans cichcem obszedł żonę i wszedł do kuchni mijając potłuczony dzbanek i dwie szklanki, o mało nie poślizgując się na herbacie i wodzie z roztopionych kostek lodu.
James słysząc wrzaski swojej „teściowej” jak panią Evans z lubością nazywał Syriusz, przestał bić Verona, zamierając z ręką w górze.
Verona natomiast nic sobie z jej krzyku nie robił, jednak widząc, że James przestał się „rzucać” on postanowił zrobić to samo.
Wszyscy ruszyli do salonu, za wściekłą panią Evans - milcząc.
Po pół godzinnym kazaniu, Lily weszła z Jamesem do kuchni. Jej mama postanowiła się „rozłożyć” na kanapie i trochę odpocząć. Petunia i Veron poszli na górę.
W kuchni siedział pan Evans pijąc spokojnie herbatę, po wcześniejszym uprzątnięciu czegoś, co do nie dawno było mrożoną herbatą, dzbankiem i szklankami.
Lily bez słowa sięgnęła po apteczkę domową i zaczęła opatrywać Jamesa. Ten, co chwilę krzywił się i skomlał. Nie był przyzwyczajony do „mugolskiego” leczenia. W świecie czarodziei uleczyliby go w jedną sekundę.
Tutaj nie. Musiał się pomęczyć. Chłopak miał spuchniętą wargę miejscu gdzie była rozcięta. Był posiniaczony i obolały.
Veron Dursley był tęgim, rosłym dwudziestolatkiem, gdy tymczasem James miał zaledwie siedemnaście lat i był dosyć szczupłym chłopakiem, choć Quidditch wyrobił mu częściowo mięśnie.
Lily delikatnie przetarła my zakrwawiony policzek, gdy ten prawie krzyknął z bólu. Pod okiem miał kawałek szkła szklanki. Nie wyglądało to za dobrze.
komentarze [92]